Na zdjęciu poniżej jest sala w szkole jogi i Rohit- jeden z moich pierwszych nauczycieli- podczas arathi (arti)- kończącego pudźę rytuału "ofiary światła" dla bóstw. Jak widać- nie ma jednego "słusznego"...
Podczas mojego pierwszego pobytu w Indiach spotkałam Prakaśa- właściciela sklepu, który codziennie zapalał kadzidełko i ofiarowywał owoce w swojej sklepowej "świątynce" wciśniętej w róg malutkiego pomieszczenia, które było jednocześnie jego biurem, sypialnią i magazynem. Do kogo się modlił? Komu się kłaniał? Kłaniał się Ganeśi- słoniogłowemu bóstwu hinduskiemu, który uśmiechał się do Prakaśa z bajecznie kolorowego obrazu. Kłaniał się Chrystusowi, spoglądającemu nań ze zdjęcia na kartce wyrwanej pewnie z jakiegoś modlitewnika. Pochylał wreszcie głowę Prakaś przed zdjęciem meczetu na pocztówce.
"Wolę pokłonić się wszystkim, nawet jeśli jeden z nich jest nieprawdziwy, niż kłaniać się tylko jednemu wybranemu", mówi Prakaś. "A co, jeśli oni wszyscy istnieją?! Nie będę się dobrowolnie narażać na gniew Boga. Któregokolwiek".
No właśnie... A co, jeśli Oni wszyscy istnieją...? Prakaś chyba nawet nie zastanawia się nad tym jak inny i piękny mógłby być świat, gdyby wszyscy wzięli z niego przyklad...
.
