sobota, 7 maja 2011

Pocztowki z Indii...

Prawie koncze juz fotoreportaz z festiwalu w Seraikelli.
Dzisiaj kilka zdjec z prob pred wystepem, a "na deser", za jakis czas, bedzie o tym jak powstaja maski.









Tancerze na zdjeciach: Nora Lamadrid, Pulkit Gupta, Bhavna Gupta, Om Prakash Solanki, Biswanath, Govind Mahato, ja.

Foto: Nadia Gupta

.

sobota, 30 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...


Przez te święta, przez upał delikatny, który się w Delhi zaczął, prawie zapomniałabym o dokonczeniu relacjiz Seraikelli!
Noc trzecia: organizatorzy.
A więc Shashadhar Acharya, jego bracia i grupa świetnych tancerzy z Seraikelli oraz kilku chłopaków i dziewczyn z Delhi, Polski i Meksyku:)
Taki występ na tym właśnie festiwalu w tym właśnie miejscu daje dużego kopa i motywuje do działania…

Podczas wystepu (choreografia "Dewadasi"):









Nora Lamadrid, Om Prakash Solanki i ja:


No dobra, to nie jest wystarczający dowód. Twarz za maską może być czyjakolwiek (i to jest między innymi piękne w ćhau;) ). Teraz dowód bardziej „wprost”:



A tymczasem w garderobie... Maski i tancerze czekaja na swoje wejscie...





Niezastapiony Sukant Acharya: "Mayur" (Paw)



Kriszna i Radha (w tych rolach Govind Mahato i Biswanath):







"Ratri" (Noc): Shashadharan Acharya i Sukant Acharya








Foto: Nadia Gupta

niedziela, 24 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...

Znad pisanek i kraszanek w wydaniu polskim i indyjskim zycze wszystkim Wesolych Swiat!!!

Jedna z naszych pisanek zdobil malunek, ktory przedstawiac mial podobno Tadz Mahal (wygladal troche jak kopiec kreta z kruzgankiem), ale skorupka pekla znaim zdazylam ja sfotografowac. Tadz Mahal polegl w walce- najmocniejsza skorupke miala tradycyjna polska kraszanka!

sobota, 23 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...

Seraikella. Festiwal 'Chaitra Parva'. Noc druga...

Druga noc festiwalu „ćhauowego” to występy znanych w świecie Seraikella ćhau guru i ich uczniów. Czasem jest tak, ze wielkie nazwiska rozczarowują. Bywa. Nie będę więc opisywać. Za to zdjęcia:





Scenę i noc uratował świetny występ tancerzy Purulia ćhau (stylu ćhau pochodzącego z Bengalu).






Foto: Nadia Gupta

czwartek, 21 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...

Seraikella. Festiwal "Chaitra Parva". Noc pierwsza...



Przez kilka godzin na wielkiej scenie wybudowanej pod gołym niebem, występowali tancerze ćhau z okolicznych wiosek. Ich ćhau było czymś zupełnie innym niż to do czego przywykliśmy w Delhi. Ich ćhau było tak surowe, jak tylko się dało, bez specjalnej wysublimowanej techniki, dbałości o szczegóły, synchronizacji, dopieszczania każdego najmniejszego ruchu. Słowem- „bardzo złe ćhau”. Ale czy na pewno? To było ćhau właśnie z miejsca, w którym się narodziło, ćhau tańczone przez ludzi z tego właśnie, a nie innego miejsca w Indiach, ćhau w ścisłym związku z językiem, kulturą, zwyczajami, pracą ludzi. Niektóre z kompozycji i wykonań były naprawdę poruszające i wzruszające! Pal sześć technikę! Tancerze sami tworzą choreografie czerpiąc z tradycji, ćwiczą, a potem występują na scenie. Dla siebie, dla rodziny, dla kogokolwiek. Po skończonym występie pakują manatki i idą do domu. Muszą się wyspać, bo jutro czeka ich ciężka praca- bynajmniej nie trening ćhau… Większość z tych ludzi to farmerzy, w pocie czoła pracujący i zarabiający na chleb (przepraszam, tutaj: na roti, ćapati). Wystarczyło spojrzeć na ich ciała. Nie były to wytrenowane i zadbane ciała profesjonalnych tancerzy…
Tak więc, jak wspomniałam, Tancerze Dnia Pierwszego spakowali manatki i poszli do domu, nie czekając aż ktoś im pogratuluje występu, powie jacy byli świetni i poprosi o autograf.
Ten moment zapadł mi w pamięć: szybka „ucieczka” ze sceny po występie. I znowu: to coś zupełnie innego niż to, do czego przywykliśmy w Delhi, gdzie po występie przez pół godziny zbiera się gratulacje od przyjaciół, dostaje kwiatki, a potem idzie na opijanie nadzwyczaj udanego (nawet jeśli wcale nie był udany) występu (opijanie herbatką z mlekiem oczywiście).












Foto: Nadia Gupta

środa, 20 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...



Bedzie tak: krotki wstep, potem wprowadzenie w temat, a na koniec zacheta do przecztania kolejnego posta...;)

Niektóre z indyjskich tańców klasycznych wywodzą się z tradycji świątynnej, inne – z dworów królewskich. Taniec ćhau „narodził się” w koszarach armii królewskiej. Najpierw była to po prostu sztuka walki, trening żołnierzy łączący tradycyjne, lokalne techniki walki. W XVIII i XIX lokalni władcy, prawdziwi mecenasi i miłośnicy tej sztuki, postanowili podnieść jej rangę ze zwykłej „rozrywki” i treningu żołnierzy do tańca artystycznego. Ruchy i ćwiczenia stały się bardziej wyrafinowane, nabrały wdzięku i „ogłady”.
Etymologia słowa „ćhau” najlepiej oddaje naturę tej sztuki. Wyraz „ćhau” pochodzić ma od sanskryckiego „ćhaja”, oznaczającego „cień”, „wyobrażenie, postać” lub też „maska”. Tancerz Seraikella ćhau przeobraża się w postać, którą odgrywa na scenie. Płeć, wygląd, wiek- nie mają znaczenia. Tancerz traci swoją tożsamość, stając się postacią, którą odgrywa. To cień tej właśnie postaci, jej wyobrażenie, pojawia się w umyśle i ciele tancerza. Dodatkowo twarz skryta jest pod piękną, dopasowaną do charakteru postaci, maską. Nie ma mowy o wyrażeniu jakichkolwiek emocji za pomocą mimiki, jak w przypadku pozostałych tańców indyjskich. Nie mają tu także wielkiego znaczenia gesty dłoni (mudry- jedna z najbardziej charakterystycznych przecież cech tańca indyjskiego), gdyż w dłoniach bardzo często trzyma się rekwizyty (miecz, tarczę, instrument muzyczny). Dla tancerza ćhau najważniejszym i jedynym środkiem ekspresji jest jego własne ciało, przez co ruchy muszą być bardzo dynamiczne, precyzyjne, pełne wigoru, uczucia i wyczucia. Koncentracja, równowaga, lekkość, wytrzymałość, sprawność, kontrola ciała i oddechu- to najważniejsze rzeczy które tancerz musi opanować do perfekcji. Maska utrudnia bowiem swobodne oddychanie i bardzo zawęża pole widzenia.
Kiedyś tancerzami byli tylko mężczyźni, ale od lat 30. XX wieku na scenie tańczyć zaczęły także kobiety. Dziś podstawowy trening każdego tancerza/tancerki ćhau jest taki sam. Zaczyna się serią ćwiczeń rozciągających, wzmacniających mięśnie (przede wszystkim nóg), poprawiających równowagę i koncentrację, skoczność, lekkość i elastyczność całego ciała.
Po obowiązkowych ćwiczeniach, tancerz opanować musi wiele rodzajów kroków („sposobów chodzenia”)- ćali (m.in. imitujących ruchy zwierząt), różne sposoby posługiwania się mieczem i tarczą (pharikhanda), różne rodzaje obrotów, skoków, pracy stóp, nóg, torsu, rąk, głowy, szyi, słowem- całego ciała.
Potem przychodzi czas na choreografię. Tutaj już dużą rolę odgrywa budowa ciała, sposób poruszania się, skoczność, elastyczność, siła, etc. Każdy tancerz uczy się choreografii, roli, odpowiedniej dla siebie (silny, dobrze zbudowany mężczyzna odtańczy rolę boga Śiwy, wojownika lub walecznego zwierzęcia, a tancerz mniejszy, szczuplejszy, wcieli się w postać pięknej Radhy, tancerki świątynnej czy zwinnego węża).

Ostatni tydzień należał do ćhau. Odpuściłam sobie wszystkie zajęcia, zostawiłam dzieci- te tańczące lepiej i te tańczące gorzej- zostawiłam męża (tańczącego raczej gorzej), zostawiłam Delhi i pojechałam razem z naszą grupą tancerzy i tancerek ćhau, pod dowództwem Gurudźi Shashadhara Acharyi, do Seraikelli.
A Seraikella należała do tancerzy. Przez trzy noce...

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Pocztowki z Indii...

Wygrana po raz drugi.

Udalo sie pokonac Sri Lanke, chociaz nie bylo latwo (za oknem slyszalam okrzyki radosci, jeki rozpaczy i ryki przerazenia).
Wygralismy po raz pierwszy od 28 lat. Ostatnie zwyciestwo Indie odniosly w 1983 roku. Tego dowiedzialam sie wczoraj;)- jestem o jedna informacje do przodu przy tej calej mojej zerowej (juz nie ujemnej) wiedzy o krykiecie.

Oto jak swietuje stolica w 'sercu miasta'- przy India Gate. Ruch zatrzymal sie w miejscu na kilka godzin poznym wieczorem i w nocy...








Gratulujemy, gratulujemy i wracamy do normalnego zycia.

Na dzis jeszcze w planie (po grupie 5 latkow i dwoch grupach 7 latkow) grupa 9 latkow, ktorzy za punkt honoru postawili sobie, ze sie nie naucza pewnego pieknego kroku bharatanatjam. A ja za punkt honoru sobie postawilam, ze jednak sie tego kroku naucza. Zobaczymy, kto wygra tym razem. Do boju!

czwartek, 31 marca 2011

Pocztowki z Indii...

Wygraliśmy!!!

I całe szczęście, bo w przypadku przegranej mielibyśmy dziś żałobę narodową i nie wiadomo co jeszcze... A tak- święto, fajerwerki, jedna wielka ogólnoindyjska impreza:)
Wczoraj większość szkół, biur, instytucji pracowała tylko ‘do obiadu’ (tzn. do lunchu). Druga część dnia natomiast przeznaczona była na wielkie ogólnonarodowe oglądanie meczu krykieta. Niebiescy kontra Zieloni. Półfinał. Indie kontra Pakistan. Wielka ‘wojna’.
Już od wczesnych godzin porannych można było się wczoraj zorientować, że ten dzień to nie będzie zwykły dzień… W parku, obok którego przechodzę codziennie rano w drodze do pracy, zbierają się chłopcy w różnym wieku, by przed szkołą pograć sobie w krykieta. Wczoraj było ich chyba pięć razy tyle co zwykle, grali pięć razy bardziej zawzięcie i dziesięć razy głośniej. Aż wszystkie małpy się pochowały zdziwione i zdegustowane… Chłopaki rozgrzewali się przed popołudniowym meczem gwiazd Indii z MS Dhoni’m na czele.
Po lunchu nie można było się dopchać do metra (wszyscy spieszyli z pracy do domu, przed telewizory). Około 15.00 ulice opustoszały… A o 22.30 rozpoczęło się świętowanie. Po kilku ładnych godzinach Niebiescy wygrali i tak dziś mamy święto narodowe (ale już niestety nie jest to dzień wolny od pracy).
Koniec, kropka i fajerwerk.

środa, 23 marca 2011

Pocztowki z Indii....

Holi... Po Holi zostalo slonce, niedomyte twarze (niektorzy chodza z rozowymi uszami i szyjami jeszcze przez tydzien) i... kolejna wiosna przed nami:)


czwartek, 17 marca 2011

Pocztowki z Indii...

Raz, raz. Halo, halo. Raz, raz. Proba mikrofonu.
Sprawdzam, czy nie zapomnialam jak sie pisze na blogu...

Minela zima, dwa dni temu zrobilo sie po prostu cieplo. I to tak z dnia na dzien. Ktos wlaczyl grzejnik, jest cieplo. Moze jeszcze bez przesady- poranki wciaz chlodniejsze, orzezwiajace, ale juz niedlugo sie zacznie.
Tak oto minela zima, minal sezon chorowania, kaszlu, kataru, zmarznietych rak, nog i zmarznietego wszystkiego, na ulicy coraz mniej sprzedawcow z goracaym prazonymi orzeszkami ziemnymi (o pieczonej kukurydzy- zimowym hicie- nie wspomne).
Ja tez swoje odchorowalam, odkaslalam, pogoraczkowalam sobie i zuzylam hektolitry kropelek do nosa (Otrivin! taka mala reklama dzisiaj z okazji wiosny;)). Zjadlam troche antybiotykow, chociaz bronilam sie przed nimi ostro! W Indiach taka moda panuje ostatnio- moda na antybiotyki. Katarek? Idziesz do apteki, mowisz "mam katarek", a pani lub pan poda Ci kilka tabletek odcietych z listka wyjetego z opakowania, lub po prostu wrzuconych luzem do papierowej torebki. Nie znasz nawet ich nazwy, nie mowiac juz o "ulotce dolaczonej do opakowania". Tutaj wystarczy czesc druga przykazania dobrego pacjenta: "badz skonsultuj sie z lekarzem lub farmaceuta". Oni wiedza lepiej. O nic nie pytaj. Lykaj co daja i juz. Antybiotyki lykaj! Kaszelek? Dodatkowy antybiotyk! Bol brzuszka, paluszka, glowki? Na to tez sa antybiotyki. Skutkiem czego Hindusi uodparniaja sie na dzalanie lekarstw z kazdym dniem coraz bardziej. I to jest taka ich nowa choroba- ta odpornosc na antybiotyki.
Hindusow zapraszam na "Zachod"- tam mamy medycyne naturalna. Ajurwede mamy za granica;)
Ajurweda, joga, etc w Indiach i poza nimi, to juz temat na kolejne blogowanie. Ktos mi niedawno, po raz kolejny juz, przypomnial, jak sie to wszystko zapetla, jak miesza, jak wszyscy odkrywaja dla siebie nowe rzeczy, zapominaja o tym co maja pod nosem pieknego, juz odkrytego, i jak czesto przypomniec im o tym musi ktos z bardzo daleka... Tak sobie "pofilozowalam", chociaz to nie w moim stylu, tak na blogu, publicznie, przepraszam bardzo.
Koniec z tym 'filozowaniem' na dzis, bo jest godzina 8 rano (ostatnio dni zaczynaja sie dla mnie wczesnie, bardzo wczesnie, przed porannym uderzeniem gazety o szybe w oknie- a to znaczy "naprawde wczesnie") i musze wrocic do pracy. Moje zadanie za 15 minut: nauczyc trzydziescioro 10-latkow nowego kroku bharatanatjam. Bedzie sie dzialo...
Zbliza sie Holi... Znowu. Jak ten czas leci!
Jak to szlo...? Po co rozbierac choinke po swietach, przeciez za chwile..., itd, itp, itd...
Ach!
.

piątek, 21 stycznia 2011

Pocztowki z Indii...

Trzesienie ziemi.

We wtorek w nocy (w Indiach byla noc, w Polsce pozny wieczor), zatrzesla sie ziemia w Pakistanie, z sila 7,3 stopni w skali Richtera.
Trzesienie bylo odczuwalne przez ok 40 sekund w Delhi, w Radziastanie, w Harjanie. Ofiar nie bylo, ale strach pozostal- szczegolnie w miejscach gdzie budynki sa slabe, zle skonstruowane, nie maja solidnych fundamentow, gdzie dobudowuje sie kolejne pietra bez zgody odpowiednich urzedow i specjalistow (albo za 'kupiona' po prostu od nich zgoda- lapowki sa jak najbardziej na porzadku dziennym). Takich budynkw, calych osiedli z domami poustawianymi niemal jeden na drugim, jest w Delhi mnostwo.
Nastepnego dnia po wydarzeniu, w gazetach pojawily sie artykuly ze wskazowkami "jak przezyc trzesienie ziemi". Jedna z wskazowek brzmi: "jak tylko ziemia przestanie sie trzasc, wyjsc na otwarta przestrzen". Trudno w Delhi o otwarta przestrzen... Te wskazowke w wiekszosci przypadkow nalezy wiec uznac za malo przydatna.

No coz, trzesienie ziemi, nawet spore, w Pakistanie, na pewno mozna przezyc w Indiach, ale jesli przy malym zachwianiu wali sie, jak domek z kart, zle skonstruowany budynek- wtedy niestety wszystko jedno gdzie ta ziemia sie trzesie...

.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Pocztowki z Indii...

Co widać z dachu.
W zimowe dni (a ja w kółko o tej zimie;)), kiedy temperatura na zewnątrz jest taka sama jak w pomieszczeniu, a w słoneczne dni nawet wyższa, można spędzić miło czas wygrzewając się- jak kot- na dachu… Kto żyw (kto nie zamarzł jeszcze) wychodzi z domu i wspina się na ostatnie piętro, a stamtąd na dach (tylko nie wyobrażajmy sobie takiego spadzistego, pokrytego czerwoną dachówką;)). Taki indyjski dach- taras- to miejsce spotkań sąsiadów, miejsce, gdzie suszy się pranie, miejsce idealne do puszczania latawców, idealne do zabaw dla dzieci, do wypicia porannej herbaty, do wygrzewania się w zimowe dni, do obserwowania życia na dole i oczywiście na innych dachach.
Co widać z dachu? To zależy z czyjego. Z mojego widać na przykład takie scenki:



wtorek, 4 stycznia 2011

Pocztowki z Indii...


Nowy rok zaczął się od… kontynuacji skandali politycznych z zeszłego roku, spadku temperatury i coraz wyzszych cen warzyw- a szczegolnie od płaczu nad krojoną cebulą, dosłownie i w przenośni: cena za kilogram cebuli wzrosła (już w zeszłym roku) z 25 rupii do nawet 80 rupii, w zależności od regionu Indii. Jest to poważny problem dla mieszkańców kraju, bo cebula jest obowiązkowy składnikiem każdej prawie potrawy w tradycyjnej kuchni indyjskiej. Od rana do wieczora wszystkie kanały informacyjne i gazety przedstawiają raporty dotyczące wahań cen cebuli w kraju, przeprowadzają wywiady z konsumentami, ze specjalistami, z politykami, dlaczego tak drogo, kiedy taniej, kiedy wreszcie odetchniemy, kiedy wreszcie będziemy mogli przestać odliczać cebulę na sztuki i kiedy wreszcie nasze potrawy będą równie smaczne jak przed wzrostem cen…, słowem: cebula zdominowała wszystko! (nawet o krykiecie mniej jakoś ostatnio...;)).

Kiedyś śledziliśmy w newsach wzrosty i spadki cen złota albo dolara; dziś cały kraj z zapartym tchem śledzi… cebulę!:)

A mniej cebulowa refleksja na nowy rok…?: Rety! Jak tu zimno!
.