piątek, 31 grudnia 2010

Pocztowki z Indii

Cuda w Indiach się zdarzają...
Zaczęłam pisać bloga dawno temu i przysięgłam sobie, że nie napiszę o dwóch sprawach: o krowach na ulicach (zbyt często słyszę pytanie: „a czy w Indiach to naprawdę krowy po ulicach chodzą…?!” i postanowiłam, że- na przekór- pisać o tym nie będę) i o Tadż Mahalu. Ale ponieważ podobno tylko krowa nie zmienia poglądów (wszystko jedno chyba czy to ta indyjska czy nie…), łamię dziś niniejszym pogląd na sprawę ‘krowio- tadżową’ i obietnicę daną sobie. Przynajmniej jeśli chodzi o indyjski cud świata, bo nie pamiętam już czy napisałam w końcu kiedyś nieświadomie o tych krowach…? Na wszelki wypadek od razu powiem, a potem zamilknę na wieki w tej kwestii: tak, to prawda, w Indiach krowy po ulicach chodzą.
A teraz do rzeczy.
Tadż Mahal. W Agrze. A Agra jest tu:

Tak jak wygląda na pocztówkach, na zdjęciach w kolorowych albumach, w filmach o Indiach, w broszurach biur podróży- tak też wygląda i w rzeczywistości. Wielkie, białe, olśniewające cudo, widoczne z kosmosu;)


Nie powiem, że nie zrobił na mnie Tadż wrażenia. Zrobił, niech mu będzie. Kolos z niego (wysokości ponad 20 piętrowego wieżowca), z białego marmuru, o pięknym kształcie, symetrii, proporcjach. W słońcu lśni dosłownie oślepiającym blaskiem. Okulary przeciwsłoneczne powinni rozdawać razem z biletami przy wejściu. Mogłyby być wliczone w cenę tego biletu tak naprawdę…; obcokrajowcy słono zapłacą za ujrzenie cudu świata. Tak było przynajmniej za czasów gdy ja ten przybytek odwiedziłam- musiałam rozstać się z sumą prawie osiemdziesięciokrotnie większą niż obywatel kraju w którym Tadż się narodził. Hmm… „Narodził się” brzmi tu cokolwiek dziwnie, mając na uwadze fakt, iż Tadż to grobowiec…



Mauzoleum ma swoją piękną historię. Rzeczywistość trochę odbiega od legendy otaczającej Tadż, ale po to są właśnie legendy, by je opowiadać zamiast tej nudnej, przyziemnej „najprawdziwszej prawdy”. Grobowiec został wybudowany w Agrze, w XVII w, na polecenie Szahdżahana (władcy z dynastii mogolskiej), dla jego ukochanej żony Mumtaz, która zmarła przy czternastym porodzie w 1631 roku. Szahdżahan, zrozpaczony i zdruzgotany po utracie małżonki, rozpoczął poszukiwania architekta- artysty, który zaprojektowałby mauzoleum tak olśniewającej urody, która dorównałaby urodzie Mumtaz i byłaby jednocześnie odzwierciedleniem wielkiej miłości ale i rozpaczy władcy. Niełatwe to było zadanie. Odrzucono tysiące projektów.. Wreszcie znalazł się jeden, który zachwycił Szahdżahana. Rozpoczęto więc wznoszenie grobowca nad rzeką Jamuną, w cudnych ogrodach, niedaleko Czerwonego Fortu, gdzie wznosił się pałac władcy. Budowlę wznoszono przez 22 lata, a pracowało przy tym 20 tysięcy budowniczych z Indii i centralnej Azji. Jubilerzy ozdabiali ściany mauzoleum szlachetnymi kamieniami i złotem, a mistrzowie kaligrafii wypisali na ścianach wersety z Koranu… Sarkofag ze zwłokami Mumtaz miał znajdować się w krypcie pod główną salą, a drzwi do krypty wykonano z jaspisu i srebra… Podobno niektórym z artystów poodcinano kciuki, by mieć pewność, że nigdy nie wzniosą już podobnej budowli…
Turyści odwiedzający Tadż słyszą od przewodników taką właśnie historię, spacerują wokół pustego, symbolicznego grobu w sali nad kryptą, otoczonego ażurowym marmurowym „parawanem”, nie mogą powstrzymać się od sprawdzenia, czy rzeczywiście kopuła budowli daje akustyczne efekty o jakich zapewniają przewodnicy (echo w sali głównej miało sprawiać, że wszystkie modlitwy i zapewnienia o wiecznej miłości cesarza do Mumtaz zostaną przedłużone o kilkadziesiąt sekund…



Ostatnie dni swego życia Szahdżahan spędził w forcie w Agrze, uwięziony przez jednego ze swych synów. Stamtąd miał bezustannie spoglądać na mauzoleum Mumtaz i tak też umrzeć…- z wzrokiem utkwionym w marmurowy dowód swej miłości i oddania…
Ciekawe jak wyglądałby Tadż gdyby nie został wybudowany w Indiach, gdzie kolorem śmierci (również dla muzułmanów) jest biel…
Szahdżahan chyba też się nad tym zastanawiał, bo podobno miał w planach czarną kopię Tadż Mahal. To już inna trochę opowieść, nie mająca związku z legendą o pięknej i czystej miłości i rozpaczy po stracie ukochanej, a bardziej z megalomanią władcy. Na budowę białego marmurowego mauzoleum wydano niebotyczne sumy pieniędzy, co było realnym ‘zagrożeniem’ i mogło doprowadzić do ruiny cesarstwo, a na pewno zdecydowanie pogorszyło poziom życia i finansowy status przeciętnego obywatela. „Szalony” pomysł wybudowania kolejnego kolosa tak rozsierdził jednego z synów Szahdżahana, Aurangzeba, że ten zamknął ojca w forcie.

Koniec i bomba. Kto (nie)czytal, ten traba. Wszelkie podobienstwo do prawdziwych postaci i zdarzen jest calkowicie zamierzone.
.

czwartek, 23 grudnia 2010

Pocztowki z Indii...

I’m dreaming of a white Christmas...
A ja nie…! Nie tutaj. Nie w Delhi. I tak jest już wystarczająco zimno w mieszkaniu bez ogrzewania, za to z piękną, białą lodowato zimną marmurową podłogą.
Spece od pogody zapowiadają wyjątkową zimę tym roku. Gdzieś słyszałam jak przebąkiwali coś o śniegu w styczniu…
W Polsce atmosfera przedświąteczna zapanowała już listopadzie. W Delhi może trochę później, ale za to z jakim rozmachem:







25 grudnia jest dniem wolnym od pracy. Wielu indyjskich chrześcijan obchodzić będzie Boże Narodzenie. „Choinki” są już w sklepach do kupienia od jakiegoś czasu, można mieć zieloną sztuczną choinkę w każdym rozmiarze. Są też żywe drzewka, ale nie są to oczywiście nasze poczciwe jodełki. Trochę bardziej przypominają iglastą paproć na grubym trzonie:) wieje egzotyką, podoba mi się;)
Moi sąsiedzi, Hindusi, którzy są chrześcijanami, już wczoraj rozpoczęli przygotowania do świąt. Na dachu siedziało wczoraj cały dzień trzech panów kucharzy i smażyli, zagniatali, gotowali… słodycze. Sąsiedzi chyba chcą zaprosić na święta całe osiedle… Może się załapię i ja;) w całym domu pachnie już rzeczonymi słodkościami i typowo indyjskimi potrawami (no nie jest to wprawdzie makowiec, ani kapusta z grzybami, ale do świątecznego piernika już bardzo blisko- ach ta woń goździków i cynamonu!;)).
Wielu moich znajomych hinduistów ma w domu choinki. Dla nich to ciekawa tradycja, jeszcze jedno święto dodane do zapełnionego po brzegi świątecznego kalendarza w Indiach. Wielu z nich pójdzie też na pasterkę do pobliskiego kościoła. Z ciekawości po prostu, lub na zaproszenie sąsiadów. Mam nadzieję, że w Delhi nie zdarzą się incydenty o których słyszałam na przykład w Kalkucie- że na pasterkę nie wpuszcza się ‘nie-chrześcijan’. Każdy musi się wylegitymować przed drzwiami i jak nie jest chrześcijaninem- ma zakaz wstępu… Nieładnie…
Rozmawiałam z wieloma osobami, które mówiły mi, że 25 grudnia to chyba nie jest chrześcijańskie święto… Bo 25 grudnia o przecież po prostu „Bada Din” („Wielki Dzień”). I ma coś wspólnego z Santa Claus’em w czerwonym wdzianku, z udekorowanym drzewkiem i prezentami;) Ale czy to chrześcijańskie czy nie- tego nie są pewni. Tak czy inaczej, co by to nie było- oni będą świętować. Bo to przecież Bada Din!
Wszystkim życzę zdrowych, spokojnych i wesołych Świąt, oraz zdrowego, spokojnego i wesołego Wielkiego Dnia!

sobota, 4 grudnia 2010

Co robimy na warsztatach?

Były już warsztaty bharatanatyam i chhau. A na nich...:


...nosimy na głowie dzban z mlekiem...



...ubijamy masło...


...i jeszcze więcej masła...


...wciąż masło...


...ile radości może sprawić ubijanie masła...;)


Czyżby niedowierzanie...?


A! no i trochę też tańczymy!


A jak się zmęczymy tańczeniem- ćwiczymy "język migowy".



Powitanie.



Lewitujemy...


Lewitacja raz jeszcze.



Matrix...




Tygrys.




Paw.


A cały dzień spędziła z nami (i obfotografowała wszystkich) Eliza (PAGAL Studio).
Dziękujemy:)

.

czwartek, 25 listopada 2010

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.

Dywan w łazience i inne śmieszności.

Ile razy zdarzyło nam się nie powiedzieć czegoś, nie zwrócić komuś uwagi, bo „nie wypada”? Albo być może nie zapytaliśmy o coś czy nie uśmialiśmy się szczerze, żeby nie urazić rozmówcy. To się nazywa „takt”. Dzieci „taktu”, w naszym rozumieniu, często nie mają:) Komentują rzeczywistość tak jak ją widzą (bo taka często jest po prostu), nie z zamiarem sprawienia komuś przykrości, ale zwyczajnie przez zdrową, dziecięcą ciekawość.

Pamiętam wybuch szczerej radości Ani- dziewczynki, którą uczyłam kiedyś tańca indyjskiego. Opowiadałyśmy sobie nawzajem, tanecznym „migowym językiem”, różne historyjki, a kiedy doszło do słoniogłowego bóstwa o imieniu Ganeśa…- nie dałam już rady zapobiec wybuchowi dziecięcego śmiechu. Anię do łez rozbawił fakt, że Ganeśa dosiada szczura! Nie było w tym jej śmiechu żadnego szyderstwa, naśmiewania się z Ganeśi czy z ludzi, którzy czczą to bóstwo.
Po prostu- u nas słonie na szczurach nie jeżdżą! I już. Tylko tyle. Mogą sobie słonie ze sobą rozmawiać, mogą hodować kwiatki i przyjaźnić się z mrówkami czy myszami (albo się ich panicznie bać)- to „normalne”. Przyjmujemy bez dwóch zdań. Ale żeby mieć szczura za wierzchowca!?:)
Tak samo łatwo przyszło Ani szczerze uśmiać się ze szczura – wahany (wehikułu) boga Ganeśi, jak zaakceptować bezsprzecznie fakt, że dzieci w Indiach właśnie temu słoniowi co dzień ofiarowują kwiaty, słodycze i swe prośby o szczęście i błogosławieństwo.

Ta sama Ania oglądając moje zdjęcia z Indii, zwracała uwagę na szczegóły, których dorośli często nie widzieli, lub nawet jeśli widzieli- nie wiedzieli jak i czy o nie zapytać. Na przykład fotografia ze Świąt Wielkanocnych, spędzonych trzykrotnie w Indiach, w mieszkaniu wynajmowanym ze znajomymi. Na zdjęciu widać kolorowe pisanki i inne mniej lub bardziej Wielkanocne potrawy (cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma:)), leżące na kolorowej dupatcie (chuście, która jest dopełnieniem stroju salwar kamiz). Dupatta rozłożona jest na podłodze.
„Nie macie stołu? Jecie z podłogi? Ale super!!!”, pozazdrościła Ania, podobnie jak piekielnie zazdrościła mi tego, że wolno mi tam jeść palcami;)

Niektórzy moi znajomi oglądający te zdjęcia, jak dużo później sami przyznali, nie spytali o ten osobliwy „stół”, czy raczej osobliwy brak normalnego stołu, chociaż korciło ich niemiłosiernie! Już w chwili oglądania zdjęcia dorobili sobie do tego swoją logikę i wytłumaczenie: no tak, są biednymi studentami, nie stać ich na stół… W biednych rodzinach indyjskich też nigdy nie widać, by ludzie jedli przy stołach…
I tak pożałowali mnie znajomi:)
A stół był. Nawet stolik i biurko. I chyba ze 2 krzesła by się znalazły. I dwa fotele. I sofa też. I w wielu innych indyjskich domach są stoły, piękne, duże, często zaprojektowane przez specjalistów, wykonane na miarę. Ale w Indiach najczęściej najwygodniejsze, „najnormalniejsze” i swojskie jest usadowienie się na podłodze za skrzyżowanymi nogami. Rozkłada się gazetę, by nie pobrudzić marmurów, a na niej stawia się garnki zdjęte z ognia (no dobra, z gazu! Gaz jest, już nie wyobrażajcie sobie rozpalonego ogniska;) ). Gorących potraw nie trzeba nawet specjalnie przekładać na półmiski, nie będzie to poczytane (na pewno nie w rodzinie, nawet na większym rodzinnym przyjęciu) za „barbarzyństwo”. I już. Gotowe, jemy!
Myślę sobie, że nawet jeśli podczas naszego polsko-indyjskiego wielkanocnego śniadania, ustawione zostałyby stoły i krzesła, indyjscy goście i tak pewnie wzięliby talerze (a każdy talerz z innego kompletu;) ), nałożyli sobie jedzenie i usiedli na podłodze. A żeby nie pobrudzić marmurowej podłogi- podłożyliby pod talerz gazetę:) Tak zresztą zrobili co niektórzy- rozłożyli gazetę by nie pobrudzić „obrusu” z dupatty. Swoją drogą, też nie wszyscy pewnie mieli „odwagę” spytać po co nam właściwie ta dupatta pod talerzami i miskami. No trudno- takie widać zagraniczne zwyczaje…;)

Żeby nikt mnie nie posądził, że z kolei ja osądzam wszystkich Hindusów i wmawiam im ignorancję i „nieświatowość” (czytaj: brak obycia), mówię raz jeszcze: tak! Tak, w wielu domach indyjskich są stoły i są obrusy. I powszechnie wiadomo też jak z nich korzystać. Tylko po co, skoro można usiąść na podłodze?
Ktoś zapyta teraz: no tak…- tylko po co siedzieć na podłodze, skoro można usiąść na krześle? I sobie nie pogadamy;))
Moja nauczycielka tańca z Delhi, u której zdarza mi się jeść czasem obiad lub kolację, ma w swym wielkim domu ławę, ma wielki stół i ma do tego wielkiego stołu także wielkie krzesła. I korzysta z nich podczas wystawnych kolacji dla ważnych gości, gdzie ludzi i jedzenia jest tyle, że nie dałoby rady pomieścić wszystkich na podłodze. Sama jest „światowa”, to i gości często ma „światowych”. Ale ja jem u niej „normalnie”, czyli na gazecie siedząc po turecku na łóżku. Z całą rodziną . Na jednym, ogromnych rozmiarów, królewskim łożu. Nikt wtedy specjalnie nie czeka, aż wszyscy siądą do posiłku. Mąż je pierwszy, moja nauczycielka po nim. Albo na odwrót. Albo razem. Ze mną lub beze mnie. Jeśli któraś z dwóch sióstr ma ochotę się przyłączyć- robi to teraz, lub za chwilę. Nie trzeba czekać, dotrzymywać komuś grzecznie towarzystwa. Można w każdej chwili wstać i odnieść talerz do kuchni. Takie „maniery” nikogo nie gorszą w rodzinie lub wśród bliskich przyjaciół.
Gwoli wyjaśnienia- nie chodzi tu o żaden podział „klasowy”, żadne relacje „guru-uczeń”, „kobieta- mężczyzna”, czy jakiekolwiek inne. Siedzimy na tym samym łóżku, równi sobie, jemy palcami, często z tego samego talerza (gdy na przykład serwowane są pokrojone kawałki ogórka, pomidora i cebuli, zwane w Indiach szumnie „sałatką”:)).

Nie twierdzę, że musi się nam to wszystko podobać i że „ich” jest lepsze niż „nasze”. Jest po prostu inne. Mamy swoje przyzwyczajenia, co innego uważamy za „kulturalne”. Tam gdzie mi na tym zależy – informuję o swoich zwyczajach, lub po prostu wdrażam je w życie, gdy nie napotykam na jakiś wyraźny opór;) Jem na serwetkach, na matach, na stole (jeśli jest;)), przekładam potrawy z garnków do salaterek i na półmiski (jeśli są;)), zaczynam jeść razem ze wszystkimi, czekam aż skończą. Tam gdzie jestem gościem- stosuję się do zwyczajów panujących w domu gospodarza. Cóż, „jeśli wszedłeś między wrony…”.

Kiedyś mali chłopcy, sąsiedzi z ulicy, oglądali zdjęcia z Polski. Miałam w aparacie zdjęcia mojego polskiego mieszkania (wszyscy zawsze pytają jak wygląda, więc obfotografowałam na lewo i prawo i długo te zdjęcia w aparacie siedziały). Nic tak nie ubawiło chłopców jak… dywan w łazience! W większości indyjskich łazienek, gdzie woda z prysznica leje się wprost na posadzkę, taki „dywan” (czyli włochata mata łazienkowa, chodniczek przy wannie) nie miałby racji bytu. Tam zamiast dywanu, w kącie stoi „wiper” (po angielsku „wiper”, w hindi… hmm… chyba „wiper”, po naszemu „łajper”- albo gumowa wycieraczka do podłogi;) ). A zamiast rolki papieru toaletowego, zobaczymy najczęściej w indyjskiej łazience z lewej strony sedesu (czy dziury w podłodze) mały kranik i kubeczek. Do czego służy- chyba nie muszę tłumaczyć.

wtorek, 16 listopada 2010

Tańczą bogowie…, czyli rzecz dla prawdziwych pasjonatów.

Powarsztatowe, powystępowe taneczne przemyślenia.

Co zrobić, żeby klasyczny taniec indyjski tańczyło się nam lepiej, wygodniej, z mniejszym wysiłkiem, co zrobić żeby dać radość publiczności i samemu z tego tańca radość czerpać… Myślę sobie, że z tym klasycznym tańcem indyjskim bywa tak, że „nieoswojony” może nie dać radości ani nam, ani widzom, którzy go oglądają… No to trzeba go oswoić. Jak już przebrniemy przez bóle mięśni, nawet tych o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia wcześniej, jak już przyzwyczaimy się do tych wszystkich, nienaturalnych na początku, pozycji ciała, możemy się skupić na czymś innym. Mianowicie na szukaniu drogi i takich sposobów wykonywania ćwiczeń, kroków tanecznych czy wreszcie całych choreografii, by sprawiało nam to przyjemność, by „robiło się samo”, lekko i bez zbędnego wysiłku i by to, że nam jest lekko i dobrze w tańcu było dostrzeżone również przez widzów. Wtedy im też będzie lżej, wygodnie i lepiej oglądać nasze popisy na scenie. A o to nam między innymi chodzi przecież:)
Na ostatnich warsztatach próbowałyśmy grupowo to „oświecenie” osiągnąć ;) Jak? A no na przykład bawiłyśmy się w bezy i purchawki, oddychałyśmy i relaksowałyśmy się tak, że aż niektórym od przypływu szczęścia, wygody, luzu i relaksu, zakręciło się w głowie. Tańczyłyśmy w smole, w wodzie i w ołowianych butach, zapuszczałyśmy korzenie i wydychałyśmy powietrze przez palce dłoni. Brzmi nieźle? A było jeszcze lepiej;) Każde ćwiczenie, które „zadałam”, wypróbowałam wcześniej na sobie. Część działa od razu, część po jakimś czasie. Ale jest metoda w tym szaleństwie;)

W naszym tańcu ważnych jest kilka rzeczy (i to akurat nie mój wymysł jest jakiś autorski i jedyny niepowtarzalny;) ):
-poczucie rytmu
- „technika”; czystość linii (dla wtajemniczonych, to mantra: „Łokcie! Barki! Nadgarstki! Usiądź niżej!”)
- energia, dynamizm, wigor
- wdzięk, gracja, ‘lasja’
- wygoda, swoboda, lekkość

Po wielu obejrzanych przedstawieniach, recitalach tanecznych, po wielu obserwacjach przygotowań tancerzy do występów, po próbach, wreszcie po iluś tam latach własnego odkrywania tańca indyjskiego i próbach odkrywania jego tajników przed innymi, doszłam do jakichś własnych wniosków i przemyśleń. Może i nie są one jakoś specjalnie odkrywcze, jednak ważne;) Najwspanialej byłoby, gdyby się udało mieć tyle szczęścia i daru od niebios, żeby wszystkie te wymienione aspekty się w nas skumulowały. Ale na to nie stawiajmy za bardzo;) Nielicznym tylko się udaje;)

Wiele rzeczy można wyćwiczyć, zgodnie z zasadą, że sam talent to tylko 1% sukcesu, a reszta- to ciężka praca (procentowe proporcje talentu i ciężkiej pracy mogą się różnić w zależności od tego czy jesteśmy pesymistami czy optymistami;) ). Tak więc- wiele rzeczy rzeczywiście można wyćwiczyć ,ale nie wszystkie. Jak teraz uszeregować te najważniejsze, dla tancerza klasycznego tańca indyjskiego, sprawy? Każdy pewnie ma inne priorytety. Dobrze, jeśli mamy choć po trosze każdego. Dla mnie faktycznie poczucie rytmu może otwierać tę listę przykazań. Poczucia rytmu trzeba mieć więcej niż „trochę”. Bez poczucia rytmu ani rusz… Dosłownie ani rusz- bo jak tu ruszyć, jak zacząć tańczyć, jak się nie czuje kiedy…;)?
I co dalej? Technika, wdzięk- lasja, energia, czy lekkość…? Rozsądnie byłoby powiedzieć, że technika, ale ja chyba się jednak wyłamię. Postawiłabym na energię i wdzięk na równi. Jeśli założenie jest takie że mamy wszystkiego „po trochu”, to znaczy, że mamy już tej techniki tyle, byśmy mogli tańczyć. Dla mnie wdzięk-lasja, to jest właśnie to „coś”, czego poszukuję u tańczących, siedząc sobie wygodnie na widowni. Jeśli mam wybierać perfekcyjnie tańczącą osobę, z nienaganną techniką i czyściutkimi liniami, ale bez wdzięku i gracji albo osobę która niekoniecznie wszystko „dociąga”, „prostuje”, „wykańcza” technicznie, ale ma to „coś” w sobie i tańczy z wdziękiem- bez wahania wybiorę to drugie. Pierwsze to robot, drugie bardziej przypomina żyjącą istotę. A jeszcze jak do tego tańczy z energią i błyskiem w oku- to już ogóle potrafię się rozpłynąć. To jest dla mnie w sumie równoznaczne też z ‘lekkością’ i wygodą- chodzi o swobodę w tańcu, którą czuje nie tylko tancerz, ale także widz. Nie lubię się męczyć oglądając tancerza, który pokazuje mi nieustannie (grymasami twarzy, spięciem, napięciem, brakiem swobodnego oddechu), że się sam męczy. Jeśli tak Cięto męczy- proszę, nie tańcz. Usiądź sobie i wypijmy herbatkę;)

Zdarza mi się występować albo oglądać występy innych, ale ten nasz taneczny światek jest tutaj w Polsce na tyle mały, że cały czas w zasadzie ogląda się te same osoby. Niektóre tancerki czy tancerze pną się w górę, inni niekoniecznie. Może sądzą, że osiągnęli już szczyt możliwości, technika, lekkość, wdzięk- wszystko jest jak trzeba, nie ma już potrzeby dalszego rozwoju. Tym szczęśliwcom gratuluję dobrego samopoczucia:)
A ja, ponieważ taką szczęściarą nie jestem (i szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie będę)- udam się na spoczynek i zregeneruję siły przed jutrzejszym trenowaniem.

A z ostatnich ciekawszych wydarzeń na naszym niewielkim "podwórku" indyjsko-tanecznym? "Samsara"- fuzja klasycznych tańców indyjskich (bharatanatjam, odissi i kathak) oraz kalaripajattu. Polecam:)Obejrzałam w minioną niedzielę.
Połączone siły krakowsko-śląskie zadziałały na wyobraźnię widzów, w spójnej i czytelnej choreografii o przemijaniu, wędrówce, o kręgu życia.
Bardzo dobrze dobrano techniki taneczne do poszczególnych części choreografii- etapów życia.

Szczególnie piękny jest początek (choć zdecydowanie za krótki, w przyszłości proszę o więcej!!!)- keralska sztuka walki kalaripajattu. Bardzo płynne sekwencje kroków, wykonywane w półmroku i przy akompaniamencie muzyki (na tyle delikatnej i subtelnej, że pozwoliła całkowicie skupić się na ruchach tancerki), wyciszyły publiczność i wprowadziły atmosferę spokoju i "cierpliwego oczekiwania na...".

W chwilę później wybuch radości dziewczęcej, dziecięcej... Sporych rozmiarów scenę zdołały wypełnić swoją energią dwie tancerki bharatanatjam.
Życie toczy się dalej. Beztroski śmiech bengalskich dzieci w utworze indyjskiego kompozytora Bikrama Ghosha (którego muzykę wykorzystano podczas występu) ustępuje miejsca namiętności, pasji i… zbrodni - w kathakowym duecie damsko-męskim.
I znowu wyciszenie - to kolejny duet, tym razem tancerek odissi.
Jest fuzja stylów. Jest taniec, ogień, kwiaty. Jest życie, dzieciństwo, młodość, jest śmierć, jest i nowy początek, płacz dziecka, ponowne narodziny. Jest samsara.

Za projektem "Samsara" stoją: Ewa Wardzała, Agnieszka Kapelko, Karolina Szwed, Kamila Witalińska, Jagoda Flaga, Artur Przybylski, Anita Singh.
.

czwartek, 11 listopada 2010

Zapraszam na warsztaty




ODISSI:


Warsztaty są wprowadzeniem w arkana tego pięknego klasycznego tańca indyjskiego, pełnego delikatnego kobiecego wdzięku.

"Magia" odissi to płynne ruchy ciała i dynamiczna praca stóp, bogaty język gestów i emocje wyrażane za pomocą skodyfikowanej mimiki.

Poznamy podstawowe, charakterystyczne dla odissi pozy, kroki taneczne i gesty dłoni. Nauczymy się także krótkiego fragmentu choreografii.

Gdzie: Klub Fitness Zdrofit, ul. Ostrobramska 101 (wejście od ul.Poligonowej)

Kiedy: 13 listopada (sobota), godz.11.00-13.00



TANIEC INDYJSKI- INNE SPOJRZENIE


Odkryjemy...
- ... jak poczuć się wygodnie we własnym ciele w tańcu indyjskim
- ... jak obserwować i zrelaksować ciało w pozycjach tanecznych
- ... jak tańczyć efektywniej i efektowniej

Bardziej wtajemniczeni, korzystając z różnych technik i metod pracy z ciałem, na nowo odkryją taniec indyjski. A ci, którzy wciąż poszukują, korzystając z technik tańca indyjskiego na nowo odkryją możliwości własnego ciała:)

Zapewniamy miłą, rozgrzewającą, taneczną atmosferę i garść przydatnych technik, metod i "narzędzi" do własnej praktyki.

Proszę o przyniesienie ze sobą:
- karimaty lub ręcznika do ćwiczeń na podłodze
- kilku książek do podłożenia pod głowę

Gdzie:
Klub Fitness Zdrofit, ul. Ostrobramska 101
Kiedy:13 listopada (sobota), godz13.30-16.00

niedziela, 7 listopada 2010

Indyjska tolerancja

Uczmy się od najlepszych:) Chyba tylko w Indiach (piszę "chyba", bo nie sprawdziłam tej informacji;) jestem leń:)) jest tak wiele dni świątecznych, wolnych od pracy. To święta hinduistyczne oczywiście, muzułmańskie, ale na przykład także 25 grudnia i Wielki Piątek. Czy my w Polsce robimy wolne na Diwali albo Id? Nieee.... A szkoda;)

Na zdjęciu poniżej jest sala w szkole jogi i Rohit- jeden z moich pierwszych nauczycieli- podczas arathi (arti)- kończącego pudźę rytuału "ofiary światła" dla bóstw. Jak widać- nie ma jednego "słusznego"...



Podczas mojego pierwszego pobytu w Indiach spotkałam Prakaśa- właściciela sklepu, który codziennie zapalał kadzidełko i ofiarowywał owoce w swojej sklepowej "świątynce" wciśniętej w róg malutkiego pomieszczenia, które było jednocześnie jego biurem, sypialnią i magazynem. Do kogo się modlił? Komu się kłaniał? Kłaniał się Ganeśi- słoniogłowemu bóstwu hinduskiemu, który uśmiechał się do Prakaśa z bajecznie kolorowego obrazu. Kłaniał się Chrystusowi, spoglądającemu nań ze zdjęcia na kartce wyrwanej pewnie z jakiegoś modlitewnika. Pochylał wreszcie głowę Prakaś przed zdjęciem meczetu na pocztówce.

"Wolę pokłonić się wszystkim, nawet jeśli jeden z nich jest nieprawdziwy, niż kłaniać się tylko jednemu wybranemu", mówi Prakaś. "A co, jeśli oni wszyscy istnieją?! Nie będę się dobrowolnie narażać na gniew Boga. Któregokolwiek".

No właśnie... A co, jeśli Oni wszyscy istnieją...? Prakaś chyba nawet nie zastanawia się nad tym jak inny i piękny mógłby być świat, gdyby wszyscy wzięli z niego przyklad...
.

piątek, 5 listopada 2010

Najlepsze życzenia z okazji Diwali


Diwali... Inaczej Dipawali ("rząd świateł, lamp")


Niektórzy traktują ten dzień jako swoisty początek roku. Podpisują nowe kontrakty, rozpoczynają nowe przedsięwzięcia.
Niektórzy wierzą, że tego dnia założyć trzeba nowe ubranie, nigdy wcześniej nie noszone.

Jedni łączą Diwali z bogiem Kryszną i historią jego zwycięstwa nad demonem Narkasurą.
Inni z triumfalnym powrotem Ramy do królestwa Ajodhji w bezksiężycową noc, kiedy to wszyscy poddani na znak radości i oczekiwania na ukochanego króla zapalili lampki, by mógł bezpiecznie wrócić do domu.

Ale na pewno dla wszystkich Diwali jest wspaniałym świętem, rodzinnym, ciepłym, pełnym światła, radości i spokoju.

Chociaż z tym spokojem to już mam pewne wątpliwości... Huk petard wszelkiego rodzaju zagłusza wszystko jak nasze fajerwerki w Sylwestra. Myśli nie można zebrać... Moda, i wszelkie nowinki oczywiście docierają do wszystkich i wszędzie, więc oprócz pięknych świateł, żywego ognia w małych glinianych miseczkach wypełnionych olejem, możemy dziś na Diwali zobaczyć rzędy "naszych" lampek choinkowych (tutaj: diwali lamps;) )zwisających z balkonów, dachów, zdobiących wystawy sklepów i wszystko co się da:)


Jest pięknie... Szkoda, że nas tam nie ma..:)

Happy Diwali!:)
.

niedziela, 31 października 2010

Niby nic…, a coś się jednak w nocy zmieniło.

Indie są od dziś dalej od nas. W wymiarze czasowym. Zimowym. O jedną godzinę dalej są. Całe 60 minut. Cofnęliśmy zegarki, zyskaliśmy godzinkę snu przy niedzieli i odsunęliśmy się od Indii.

O zmianie czasu przypomniały mi dziś moje dwa koty. Mają budziki chyba wmontowane w system (gratis!). Kotki wstają rano, w misce pusto… Ciach! Włącza się budzik. Mają w zwyczaju budzić mnie, te głodne stworzonka, rano, ale nie bladym świtem. Już to mamy na szczęście przetrenowane. Jeszcze tylko muszę w ciągu tych moich pobytów w Polsce, poćwiczyć z nimi otwieranie puszek i rozdzieranie saszetek z ulubioną karmą, to może w końcu nauczą się same robić sobie śniadanie.

O „normalnej” porze rozpoczęły dziś kotki swoją akcję „Budzik”. Spojrzałam na zegarek jednym okiem- nieeeee…. Coś wam się chyba, drogie kotki, pomyliło. Jeszcze nie czas...

Nawet jeśli w brzuchu burczeć zaczyna wcześniej, następuje falstart i wmontowany budzik włącza się kotkom nie o tej „przetrenowanej” porze, to najczęściej po kilku minutach rozumieją, co się wydarzyło i jeszcze na parę ładnych chwil kładą się z powrotem spać. Zazwyczaj na mojej głowie, twarzy lub brzuchu, by upewnić się, że nie przegapią momentu wstawania i że im nie ucieknę przed śniadaniem.

Ale dziś rano zrobiły się jeszcze bardziej natarczywe niż zwykle w tym swoim budzeniu mnie. Szara kotka jest troszkę złośliwa, bardziej interesowna i trochę sprytniejsza niż rudy kotek (wiadomo, kobita!) i już ona wie jak mnie skutecznie poderwać z łóżka! Strąca łapką, z powalająco niewinną miną, różne przedmioty z nocnego stolika, od butelki z wodą, po książkę. Prosto na moją głowę je strąca.

Czasem na pomoc w budzeniu wzywa swojego rudego brata.

- Rudy, co ty tam robisz takiego, co ją potrafi wkurzyć?

- Zazwyczaj nic…- odpowiada zgodnie z prawdą rudy kotek. - A nie ,czekaj! Mam! Szeleszczę papierami i torebkami foliowymi, a potem je gryzę i zjadam. Może być? Gorzej, jak przyuważy, bo wtedy mi z gardła te torebki wyciąga…

- No dobra –mówi szara kotka- wystarczy jak na moje potrzeby. To na „trzy, cztery” ty robisz swoje, a ja swoje. Trzy, cztery!

I tak wstałam dziś godzinę wcześniej niż zwykle, cztery i pół godziny dalej od Indii.. (tak dla przypomnienia-u nich jest później niż u nas).

W Polsce mam kotki- nie potrzebuję budzika. W Indiach natomiast moim budzikiem może być roznosiciel gazet. Już o nim pisałam, bo to postać ciekawa i zajęcie też:) Codziennie o tej samej porze na balkonach lądują gazety (w niedzielę uderzenie jest głośniejsze, bo do gazety dołączony jest niedzielny dodatek kulturalny:) ). Ale do tego można się przyzwyczaić, więc opcja gazetowego budzika już u mnie nie funkcjonuje. Przestałam reagować…

Co jeszcze może obudzić człowieka rano w Indiach? Jeśli jesteśmy do tych wszystkich odgłosów przyzwyczajeni- śpimy jak dzieci i nic nie jest w stanie wyrwać nas z objęć Morfeusza. Jeśli nie jesteśmy przyzwyczajeni, to potrafią nas obudzić odgłosy życia codziennego o poranku, np. brzęk metalowych talerzy, misek i kubków, w których rano dobre żony i mamy przygotowują mężom i dzieciom śniadanie i obiad, który wkładają do metalowych, piętrowych pojemników. Śniadanie to, czy obiad, zawsze w jadłospisie muszą być warzywa, ugotowane, usmażone, a najchętniej przyrządzone w magicznym, wszechobecnym „preszer kukerze”!

Preszer kuker (z ang. Pressure cooker;) ), to urządzenie występujące w każdym gospodarstwie domowym (w ilościach nawet kilku sztuk różnych rozmiarów), służące do pichcenia (pod ciśnieniem) w zasadzie wszystkiego, od ryżu i dalu począwszy, na wszelkiej maści warzywach, a nawet mięsie, skończywszy. Ukończenie gotowania sygnalizuje ów pressure cooker potężnym syknięciami- ciśnienie uchodzi pod postacią kłębów gorącej pary wodnej. Obudzić może każdego, nawet największego, śpiocha.

Przykład: Hindus chce zjeść na śniadanie ryż (a często chce, niezależnie od tego jak dziwne by nam się to mogło wydawać;)). Wyjmujemy pressure cooker, wsypujemy ryż (wypłukany uprzednio dwa, trzy razy), dodajemy wody (jej poziom musi być wyższy od poziomu ryżu o około jedną trzecią palca wskazującego- czyli do pierwszego zgięcia palca). Zamykamy naczynie na „haczyk” (musi być ciasno,żeby nam nie wybuchło jak ciśnienie będzie z impetem uchodzić), pokrywką z gumką, która idealnie się dopasowuje i uszczelnia, zapalamy gaz i… czekamy. Nic nie mieszamy , niczego nie pilnujemy, nic nie wykipi, nic się nie przypali. Dwa syknięcia ustrojstwa ciśnieniowego i ryż gotowy:) Trwa to wszystko naprawdę bardzo krótko. To ciśnieniowa rakieta:)

Mnie już żadne odgłosy żadnych preszer kukerów, dobiegające z mieszkań sąsiadów, nie budzą.

Jest jednak coś, co wyrobiło u mnie odruch szybkiego wstawania. Bezbłędnie, o każdej porze dnia (nawet bladym świtem) wyczuję obecność małpy na balkonie. Odkąd zorientowałam się, że łupem małp padły dwie moje ulubione bluzki, suszące się na sznurku- postanowiłam, że więcej nie dam się złodziejom obłowić! Małpi złodzieje grasują najczęściej rano; czasem bawią się po prostu wiszącymi na sznurkach ubraniami, zakładając je sobie na głowę na przykład, a potem je zostawiają (w lepszym
lub gorszym stanie). Ale czasem, wystraszeni przez właścicieli ubrań, zwiewają gdzie pieprz rośnie z łupem w zębach. Szukaj wtedy wiatru w polu!

Budząc się rano w Polsce na dźwięk szeleszczących torebek foliowych, zrywam się z łóżka, by wyciągnąć z gardła mojego rudego kotka kawałki plastiku. W Indiach małpy nich sobie łykają foliowe torebki, nic mi do tego, z gardeł nie będę im wyciągać, niech się dławią. Ale moje ulubione ubrania wyrwę nawet z paszczy lwa! I to nawet o świcie!
.

piątek, 29 października 2010

Cudze chwalicie..., czyli rzecz wcale nie o Indiach.

Zakopana byłam po uszy w bajkach, mitach i eposach indyjskich. Teraz doszło do tego zakopanie po uszy w baśniach i bajkach polskich. Coś z tego wyjdzie na pewno, bo musi przecież (zakopanie po uszy połączone z zapałem indolożek i z pomocą specjalistów wszelkiej maści zaowocuje z pewnością czymś o czym kiedyś też napiszę). Kopiąc tak z zaangażowaniem dokopałam się do zbioru baśni polskich (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1971, wydanie czwarte).
A na stronie 256 perełka! Oto ona:


Jan Krzeptowski Sabała
"O STWORZENIU EWY"


Tak było: Kie prosem pieknie, Paniezus stworzył świat, to sie obeźrał, ośmiał sie i tak se pedział:
- Barz ja to dobrze porobieł. Ino nie wiem, cy sie mojemo Jadamowi nie bee kotwić, bo je sam, haj. Trza mu końcem sprawić jakom zabawke, coby ś niom przy czasie zabawił, coby mu się nie kotwiło.

Tak se pedział Paniezus. I dobrze nie barzo, zawołał:
- Jadamie, hybajze haw!
Jadam przyseł, ale mu się straśnie łydki zacyny trząść, bo sie Paniezusa straśnie bał, haj!
- Lygaj!- pada mu Paniezus.
Jadam pilno na pościel log, ale se pomyślał:
"E, bedzie cosi, bedzie źle!" - i łydki zacyny mu mocniej dygotać.

Paniezus porusał na pościeli ręcami nad nim, toz to pilno usnom. Wyjon pote, prosem pieknie, składek z tórbki i wyrznom mu we śnie ziobro. Ale to było straśnie brzydźkie i masne, toz to prasnom na bryzek.

Diascy nadali psa... Zakradła się kanalija, łap ziobro i w uciekaca z nim do dźwierzy raju. Paniezus łap kija i dalej za nim! Ale pies wartki, a Paniezus stary i ni móg go dolecieć i hycić, coby mu ziobro wydar.

Lecom, lecom, jaze przylatujom do dźwierzy raju, a pies juz był we dźwierzak. Toz to Paniezus wartko kopnon dźwierze. Dźwierze sie na zaworke zaparły, ucieny psu ogón, ale pies uciek, haj!

I dobrze nie barzo, co Paniezus nie robi. Wzion ten ogón pote, obeźrał, zgniewał sie i pedział tak:
- Cekaj ty ino! Ja ci pokazem, zem cosi kajsi wart.
Toz to zgniewał się, złapił ogón i z tego ogóna stworzył babe, haj.

Temu to, prosem pieknie ik Miełości, wielgie panie ogóny nosom u sukniów. Ciągnie ta swój do swego i rad go widzi, haj.

To, pada, i psy som jest bez ogónów, ale nase kudlaki białe, owcarskie, co owce pasujom, to ik majom. Ony się moze pokocieły przedtem, abo od insyk psów? Cy jako?



Pod tekstem podano słowniczek. Przyda sie?;):

kie- kiedy
barz- bardzo
syćko- wszystko
nie bee- nie będzie
kotwić- nudzić
haj- tak
hybać- biec
haw- tutaj
lygaj!- kładź się!
składek lub składak- nóż składany, kozik
masny- tłusty
prasnąć- rzucić
bryzek- pagórek
w uciekaca- w nogi
wartki- szybki
kajsi- gdzieś
wielgie panie ogóny nosom u sukniów- pod koniec XIX wieku były jeszcze w modzie suknie damskie z długimi trenami, czyli ogonami

niedziela, 24 października 2010

Jest takie miejsce...

...w Karnatace. Zwie się Dawal Malik. To wioska w dystrykcie Gadag. Niedaleko Mulgund (by być bardziej precyzyjnym).
Nie byłam tam:) Podobnie jak w milionie innych miejsc w Indiach;) Ale o wiosce napiszę. Taka ciekawostka na dzisiaj, bo dawno nie było ciekawostek.

Nazwa wioski - Dawal Malik - to imię świętego, który osiedlił się w tym miejscu ponad 3 wieki temu. Dziś jego duch chroni mieszkańców wioski, swych wiernych wyznawców. Żyje tu ponad 60 rodzin i każda z nich codziennie odwiedza usytuowaną na wzgórzu małą świątynkę swego patrona, prosząc go o błogosławieństwo. Mieszkańcy Dawal Malik żyją sobie spokojnie w malowniczo położonym miejscu, w zdrowiu i szczęściu.

A żeby tak pozostało, spełnić muszą jeden warunek: bezgranicznie zaufać swemu patronowi, powierzyć mu w opiece cały swój dobytek i ... nigdy nie zamykać drzwi swego domu. I faktycznie - żaden z budynków (nawet tych nowo pobudowanych) nie jest zamknięty. Żadnego zamknąć nie można. Nie można, bo... żaden nie ma drzwi. Czasem tylko w niektórych domach zobaczyć można delikatną bawełnianą zasłonę, wiszącą w wejściu.

Żaden z mieszkańców wioski nie ośmielił się nigdy wstawić drzwi lub okiennic - to byłby zły omen. Mogłoby to sprowadzić choroby i nieszczęścia na całą rodzinę.
Wszystko, co znajduje się wewnątrz mieszkań, od telewizora, po lodówkę (jeśli w ogóle jest w domu), widać z ulicy. Okazja czyni złodzieja? Nie w Dawal Malik. Od ponad 50 już lat (jak twierdzą najststarsi mieszkańcy wioski i lokalna policja), nikt nie dopuścił się kradzieży. Żaden z mieszkańców, ani też nikt z pielgrzymów odwiedzających to miejsce i świątynkę na wzgórzu.

Widać Dawal Malik rzeczywiście jest świetnym obrońcą...
.

sobota, 16 października 2010

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/harendra_singh_jak_nie_zostalem_dyplomowanym_ksiegowym_8230_161930-1--1-d.html

moja wiosenna rozmowa ze szwagrem. o filmie, o Teleranku i o kopalni...

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.

Zainspirowany tekstem o żelazku czytelnik bloga zasugerował, by napisać coś podobnego dla turystów wyjeżdżających do Indii.
A ja, zainspirowana sugestią czytelnika bloga, oraz kilkoma mailami z przeróżnymi pytaniami od osób wyjeżdżających na wakacje w kierunku wiadomym- na Wschód (bo "tam musi być jakaś cywilizacja!";) ), postanowiłam się zabawić w doradztwo turystyczne;)

Co zabrać ze sobą do Indii, w podróż życia, oprócz wygodnego plecaka, w którym przywieziemy te kilogramy prezentów, pamiątek, i wspomnień? Co nam się może przydać oprócz podręcznej apteczki, wygodnych butów, przewodnika Lonely Planet i "school pen'ów" do rozdawania dzieciom, które się do nas przyczepiać będą średnio pięć razy dziennie?
Polecałabym zabrać kiszone ogórki i czekoladę- zatęsknimy za tym po jakichś dwóch, trzech miesiącach;)

No ale tak zupełnie na poważnie- bohaterką dnia będzie dziś PIELUCHA TETROWA.
Pielucha tetrowa to cudowny wynalazek! A latem w Indiach- dla mnie jest niezastąpiona!!!

Zalety pieluchy tetrowej:
- jest tetrowa
- jest lekka
- jest chłonna
- szybko schnie.

Jest lekka- więc nie martwimy się, że nasz plecak będzie przez nią za dużo ważył. Możemy ze sobą zabrać w podróż 10 pieluch terowych zamiast jednego ręcznika frotte.
Do zapamiętania: latem do Indii nie zabieramy ręczników frotte!!! Dlatego że, po pierwsze zajmują za dużo miejsca, po drugie- prędzej nam zgniją w plecaku niż wyschną latem w tej wilgoci. Jeśli przenosimy się z miejsca w miejsce, z hotelu do hotelu- z ręcznikiem frotte nie mamy szans. Wściekniemy się po tygodniu, pozbędziemy się ręcznika i będziemy musieli coś kupić zamiast niego. Jeśli już tak się stanie- polecam zaopatrzyć się wtedy w bawełnianą dupattę (czyli szal, będący dopełnieniem stroju zwanego salwar kamiz- czyli szerokich spodni i tuniki), lub zwykłe dhoti (czyli część dolną stroju męskiego- kawałek materiału do obwiązania wokół bioder). Pielucha tetrowa wysycha w pół godziny, wystawiona na działanie naszego największego przyjaciela- wentylatora pod sufitem.

Jeszcze jedno zastosowanie tetrowej pieluchy: zanurzamy ją w zimnej wodzie, kładziemy sobie na kark albo na szyję, twarz czy co tam jeszcze i ustawiamy się, lub sadowimy,wygodnie pod wentylatorem (z angielska- fanem;) ). Ach! Co za ulga! A jakie nawilżenie skóry! Gładziutka cera i orzeźwienie gwarantowane!


Pielucha tetrowa od dziś powinna Wam się przestać kojarzyć li i jedynie z przewijaniem dzieci;)
.

sobota, 9 października 2010

Brać żelazko...?

Pewien indyjski znajomy wyjechał na 3 tygodnie "do Europy". Szkolenia, konferencje, coś tam... Mało ważne. Nie w tym rzecz po co pojechał, ważniejsze jakie miał przed tą podróżą dylematy. Zabrać żelazko, czy nie zabierać żelazka? Zabrać pastę do butów, czy jej nie zabierać? Zadręczał się tym chyba dość długo, bo gdy zwrócił się do mnie z tymi (i wieloma innymi) pytaniami, miał już w głowie gotową listę"za i przeciw".
Na co mi przyszło... Zawsze udzielałam "dobrych rad" tym, którzy wybierali się do Indii. A oto teraz zgłasza się do mnie z problemem ktoś, kto z Indii wyjeżdża w świat. No cóż, moja rada: podróżne żelazko brać. Nie zaszkodzi, a pomóc może. Podobnie jak pasta do butów. Może się mylę, może mnie ktoś poprawi, wyprowadzi z błędu, ale moim skromnym zdaniem mojemu znajomemu nie uda się znaleźć na każdym rogu ulicy, w Londynie czy Brukseli na przykład, kogoś kto wyprasuje mu koszulę albo wypastuje buty za 5 rupii.
Pamiętam, że kiedyś w Warszawie na Nowym Świecie stał bardzo elegancko ubrany pan, dżentelmen w każdym calu, Pan Pucybut. Stanowił tam dużą atrakcję (przechodnie robili sobie nawet z nim zdjęcia), a jego usługi nie były tanie, bynajmniej;)
Reasumując: żelazko brać. Pastę do butów też. W Indiach tańsza niż w Londynie.

Jakieś buty na zmianę tez brać, w razie gdyby jedne nam się zepsuły (no chyba, że będzie to dobry pretekst do kupienia sobie nowej pary kamaszy;)).
Co robimy w Indiach, gdy nagle na środku ulicy rozedrze lub rozklei nam się but? Rozglądamy się wokół, nasz sokoli wzrok w tłumie wypatruje siedzącego na chodniku szewca. Podchodzimy do niego lub podskakujemy na jednej nodze (tej w bucie), oddajemy zepsuty but w sprawne ręce szewca i za 5 minut odbieramy naprawiony. Ubożsi o jakieś 10 rupii (może być mniej, może więcej, w zależności od stopnia uszkodzenia obuwia), spokojnie kontynuujemy naszą pieszą wycieczkę.
Co robimy w Polsce, gdy nagle na środku ulicy rozklei nam się lub rozedrze but? Nie wiem:) A w Londynie? Też nie wiem:) Mam kilka opcji rozwiązań problemu na podorędziu )łącznie z taką: "nic, idziemy dalej w jednym bucie"), ale tej opcji indyjskiej wśród nich nie ma.

U nas krawcy, szewcy, hydraulicy- to podobno ginące zawody. A ceny za ich usługi, z tego co wiem, do bardzo niskich nie należą. W Indiach takie usługi są tanie. Bardzo tanie. Rzekłabym, że nawet zbyt tanie, w stosunku do wykonanej pracy. W jakimś artykule w Hindustan Times, poczytnym dzienniku, czytałam, że "idzie ku lepszemu" i przedstawiciele takich zawodów jak hydraulik, szewc, czy "służący" zaczynają być doceniani, traktowani lepiej, z szacunkiem, godziwiej wynagradzani. Kto wie, może piszą tak tylko dziennikarze- przedstawiciele klasy średniej, "uzależnionej" w Indiach od "służących"...

Wracając do poprzedniego wątku: w Indiach wciąż można wyprasować sobie na rogu ulicy ubranie, naprawić buty, naostrzyć noże, wezwać kogoś (dosłownie wyglądając przez okno) do naprawienia cieknącego kranu, czy zepsutego wentylatora. Gdy złapiemy gumę na ulicy, nie musimy dzwonić po pomoc drogową, nikogo szukać, ani nawet sami zmagać się z wymianą opony. Co 200 metrów bowiem znajdziemy jakiś malutki warsztat lub po prostu- jak to bywa ze wszystkim- fachowca siedzącego sobie na chodniku, czekającego na klientów. A tych nie brakuje. Za 50-100 rupii załatamy (lub wymienimy) przebitą oponę i w drogę!

Niby w tych Indiach trudniej cokolwiek znaleźć, że niby tutaj "dziko", że "nikt nic nie wie", "niczego nie ma"- a jednak o ile łatwiej! Jakże życie jest prostsze;)
Przez to często ludzie są tu mniej samodzielni. Znam osobiście takie "indywidua", które nie wiedzą jak zabrać się do krojenia ogórka do sałatki, bo zawsze ktoś to za nich robił. Albo kupują samochody i od razu zatrudniają kierowców, bo... sami nie potrafią prowadzić, lub jest to dla nich zbyt męczące. Albo stoją przed wejściem do sklepu i nie wejdą, dopóki "odźwierny" nie otworzy im drzwi. Albo wołają kelnera, by odkręcił im butelkę z wodą.

Pisałam już kiedyś o zatrudnianiu ludzi do włączania pralki i krojenia warzyw. Dziś nie o tym miało być.

The End. Sponsorem dzisiejszego odcinka była litera Ż- jak żelazko:)
.

piątek, 1 października 2010

Pocztowki z Indii...

Werdykt i dobre samopoczucie Kalmadiego...

To dwie rozne sprawy, ale dzis bedzie o wszystkim po troszeczku. Taki misz-masz przedwyjazdowy. Bo wyjezdzam. Jesien bedzie w Polsce:)

Werdykt- zapadl wreszcie. W sprawie Ayodhyi. Wszyscy czekali z zapartym tchem, spodziewajac sie zamieszek, wybuchow, wszystkiego co mozliwe. Szkoly w wielu miejscowosciach pozamykane, policja i wojsko w gotowosci.. Na szczescie nic sie do tej pory nie wdarzylo, narod przyjal ze spokojem wyrok w sprawie "ziemia-meczet-swiatynia".
Sad Najwyzszy uznal, ze ziemia, na ktorej stoi dzis meczet jest miejscem narodzin Ramy (Ram Janmabhoomi), a sporny teren podzielic nalezy na 3 czesci: 1/3 dla muzulmanow (dla organizacji Sunni Wakf Board), 2/3 dla dwoch organizacji hunduistycznych (dla organizacji Nirmohi Akhara i Ram Lalla). Te trzy grupy byly de facto stronami w sporze.
Werdykt jest 'kompromisem'- czyli tak naprawde nie do konca satysfakcjonuje strony sporu; na pewno beda odwolania od wyroku. Najwiecej 'szumu' robia wokol wyroku politycy. Kazdy chce 'uszczknac' cos dla siebie i tak naprawde ze sprawy, ktora meczyla wszystkich przez tyle lat i wreszcie pojawila sie szansa na jej rozwiazanie, robi sie sprawa polityczna, ktora znow moze ciagnac sie w nieskonczonosc...
Dwaj starsi panowie: 90 letni muzulmanin Mohammad Hashim Ansari (reprezentujacy Sunni Wakf Board) i 82 letni hindus Mahant Bhaskar Das (z Nirmohi Akhara)spedzili kilkadziesiat lat walczac o jakies rozwiazanie w sprawie Babri Masjid. Dzis przyjmuja wyrok ze spokojem i akceptuja go. Najwazniejsze, zeby byl pokoj. Nie chca wiecej zamieszek, bezczeszczenia swietosci (czy to przez muzulmanow czy przez hinduistow). Ciesza sie, ze narod z takim spokojem przyjal werdykt sadu. Obawiaja sie tylko jatrzenia sprawy przez politykow...


A co tam u czarnobrodego Kalmadiego...? To ubostwiana ostatnio przez media postac. Nie ma dnia, nie ma godziny, by nie bylo go w telewizji, gazetach, doslownie wszedzie. Krazy tu stary jak swiat dowcip: wlaczam telewizor- Kalmadi, otwieram gazete- Kalmadi, radio- Kalmadi, az boje sie otwierac lodowke!
Moze malo juz smieszne, ale jak najbardziej prawdziwe;)
Kalmadi, przypomne, to ten od Commonwealth Games- Igrzysk Wspolnoty Narodow. Po wsystkich wpadkach (to jeszcze nie koniec, codziennie sa jakies nowe 'rewelacje') jest wciaz w swietnym humorze i twierdzi, ze w najblizszej przyszlosci w Delhi nalezy zorganizowac Igrzyska Olimpijskie. Zyczymy szczescia:)

Wiadomo juz, ze Commonwealth Games sie odbeda (chociaz do 3 pazdziernika jeszcze 2 dni- wszystko sie moze zmienic). Niewazne, ze zawalila sie kladka dla pieszych, laczaca parking ze stadioem J. Nehru. Co tam, ze zapadly sie w kilku miejscach ulice. Nic nie szkodzi, ze zawalil sie sufit na korytarzu w jednym z blokow mieszkalnych dla sportowcow. A juz zupelnie nie jest wazne, ze w apartamencie w wiosce olimpijskiej zawalilo sie lozko najbardziej znanego indyjskiego boksera- razem z bokserem;) usiadl i sie zawalilo;) Trzeba bylo nie siadac!

Drugi ulubiony dowcip mediow (tez moze malo smieszny): po wszystkich tych wpadkach Kalmadi chcial sie powiesic, ale... sufit sie zawalil.

Igrzyska sie odbeda, zawodnikom zyczymy samych zlotych medali, kibicom wielu wrazen, mieszkancom Delhi spokoju i cierpliwosci, a organizatorom tak dobrego samopoczucia jak do tej pory!

A jutro przypada 141 rocznica urodzin Mahatmy Gandhiego. W zwiazku z tym- dzien wolny od pracy!
.
foto: thehindu.com

piątek, 24 września 2010

Artykul o Commonweath Games na wiadomosci.24

Reklama;) auto;)
Wiecej o igrzyskach na:

(link sie otworzy po kliknieciu na tytul)

A oto kilka fotek. Zdjecia zrobilam w lipcu. Teraz wszystko wyglada troszeczke lepiej (niewiele lepiej;) ). Ale przeciez do igrzysk jeszcze az 8 dni! Sie zrobi!:)


Obiekty treningowe i swiatynia Akshardham w tle.

A my sie boimy, ze nie zdazymy na Euro 2012;)


Siri Fort- praca wre!

Prace "wykonczeniowe" przy Siri Fort

Pocztowki z indii...

Niusy z Indii...

Ganapati zniknal w wodach Yamuny. Po nim kolejny, i kolejny... Wierni tancza, ciesza sie, graja na bebnach i zatapiaja wielkie kolorowe posagi Ganesi. Dobiegl konca 11 dniowy czas swieta tego slonioglowego bostwa.

Woda zabrala nie tylko Ganapatiego, ale tez spora czesc polnocnych Indii- w stanach Uttar Prades, Uttarkhand i Bihar. Wody kilku rzek w wielu miejscach przekroczyly stan alarmowy, pozbawiajac ludzi dachow nad glowa, zalewajac setki wiosek, zmuszajac setki tysiecy osob do ewakuacji.

Poziom wody w Yamunie, w Delhi i okolicach stale rosnie. Trwa ewakuacja niektorych terenow.

I wciaz pada. Takiego deszczu i takiego poziomu wody w rzece, stolica nie widziala od 1978 roku...

A coz jeszcze przyniosl dzien...?

Mial dzis zapasc wyrok w glosnej sprawie "ziemi niczyjej" i pobudowanym na niej Babri Masjid w Ayodhyi.
Czy zbudowany w 1538 roku meczet powstal na ruinach istniejacej tam wczesniej swiatyni hinduistycznej? Czy sanktuarium znow nalezy do hinduistow od 1949 roku, kiedy to na jego terenie pojawily sie wizerunki hinduistycznych bostw? Czy prawowitym wlascicielem spornej swiatyni i ziemi, na ktorej jest zbudowana, sa hindusi (jesli byli jej "wlascicielami" przed 1538 rokiem i po 1949), czy muzulmanie ("wlasciciele po 1538 i przed 1949). Sad najwyzszy mial odpowiedziec na te pytania i zadecydowac dzis. Wczoraj jednak zadecydowal, ze zadecyduje we wtorek, 28 wrzesnia. Wszyscy czekaja na werdykt i chyba tak naprawde wiekszosc mieszkancow Ayodhyi (i nie tylko), nie ma wielkiej ochoty go uslyszec... Jaki by werdykt nie byl- zawsze ktos uzna, ze jest niesprawiedliwy. A to moze doprowadzic w Indiach do zamieszek. Znowu... Tego sie wszyscy obawiaja...

W 'newsach' jeszcze o tragedii w swiecie zwierzat- znow zawinili ludzie i ich bezdenna glupota. 7 sloni zginelo w kolizji z pociagiem towarowym ok 500 km od Kalkuty (w Bengalu Zachodnim). Slonie znajdowaly sie na terenie, na ktorym teoretycznie powinny byc bezpieczne. W tym miejscu - wlasnie z uwagi na obecnosc zwierzat - wprowadzono dla pociagow ograniczenie predkosci do 25 km/h. Maszynista pociagu, ktory zabil w srode w nocy 7 sloni, rozpedzil pojazd do 70 km/h. Zanim zdolal sie zatrzymac, przejechal 400 metrow, ciagnac po torach cialo jednego ze sloni.
Tylko w ciagu dwoch ostatnich lat, w kolizjach z pociagami zginelo w Indiach ponad 30sloni...

Po informacji o sloniach przyszla kolejna: "nastepca" slynnego Lalu Prasada - niegdys szefa wladz Biharu - zostal ogloszony jego syn, 20 letni Tejasvi Yadav (urodzony w roku, w ktorym Lalu zostal "wladca" Biharu). "Namaszczony" przez ojca Tejasvi ma w planach malzenstwo, a potem nauke, pod kierunkiem swego mistrza i taty, Lalu. "Przez kilka lat bede szkolil syna na polityka. To tak jak z kazdym innym zawodem. Trzeba sie go nauczyc, a potem wykonywac. I juz. Ale zanim sam zostanie politykiem, w najblizszych wyborach bedzie zachecal do glosowania na mnie", mowi Lalu.
"Moj ojciec jest wspanialym czlowiekiem i wielkim, znanym politykiem. Ludzie go sluchaja", mowi Tejasvi (z "zawodu" gracz w krykieta).
Tlum wiwatuje. Brawo dla nastepcy tronu!

No i jeszcze o tym jak Igrzyska Wspolnoty Narodow (Commonwealth Games 2010) przeistaczaja sie w groteske, jakiej swiat dawno nie widzial... Codziennie w telewizji i gazetach pojawiaja sie zdjecia i reportaze z akcji "Commonwealth games- common shame...?". Czy beda to igrzyska z prawdziwego zdarzenia, czy porazka i wstyd dla Indii- okaze sie 3 pazdziernika. A tymczasem codziennie jestesmy swiadkami kolejnych bledow i wpadek politykow, organizatorow i urzednikow, a przeciekajace dachy obiektow sportowych, podtopione hale, biegajace po stadionach psy- to juz normalka;)
Kilka dni temu swiat obiegla informacja o prowokacji australijskiego dziennikarza, ktory wszedl na teren sportowego obiektu z duza walizka, wypelniona materialami wybuchowymi, nie zostal przez nikogo przeszukany, sprawdzony, pies z kulawa noga sie nim nie zainteresowal...
Poza tym najbardziej "gorace" dzis zdjecia w gazetach i telewizyjnych wiadomosciach to te przedstawiajace mieszkanie w "wiosce olimpijskiej"- apartament dla sportowcow i oficjalnych reprezentantow krajow bioracych udzial w igrzyskach. Lazienka jest brudna nieprzytomie, a na poscieli widnieja blotniste slady psich lapek!:)
Jeden z czlonkow komitetu organizacyjnego broni sie: "Te apartamenty sa czyste- tak uwazam ja i Wy- obywatele Indii. Przyjezdni i turysci z zagranicy maja inne standardy. Dla nich jest 'budno' ".

Chyba sie tu usmiechne, bo mi nic innego nie pozostaje;)

Sheila Dikshit- szefowa wladz Delhi - tlumaczy ciekawskim dziennikarzom: "Sluzby porzadkowe nie sa od sprzatania toalet. One sa odpowiedzialne za porzadek na drogach, chodnikach, wywoza smieci, zamiataja podloge, a nawet (!) zmywaja ja na mokro. Sprzatanie toalet nie nalezy do ich obowiazkow. Tym musi zajac sie ktos inny, a prywatne firmy ktore o to prosimy, odmawiaja nam. I co my mozemy robic?"

No coz, ja tam mysle sobie, ze organizatorzy igrzysk powinni zabrac sie za miotly i scierki i ruszyc do boju wedle zasady "jesli chcesz, by cos bylo dobrze zrobione - zrob to sam!". I po problemie.

Poza tym wszystkim.... - w Delhi pachnie juz zima. Dzis co prawda jest calkiem cieplo i slonecznie (na szczescie nie pada), ale to nie jest juz zapach lata, o nie...
Idzie zima...
.

sobota, 18 września 2010

Pocztowki z Indii...

Tylko raz, jeden raz...
...zrobie z bloga pamietniczek;)


Drogi pamietniczku...,
wstalam rano. Tak mam w zwyczaju. Zazwyczaj;) Nie bylo innego wyjscia dzis. Musialam wstac, to wstalam... (chyba niezle jak na poczatek wpisu do pamietniczka).

Wzielam prysznic. Goracy. Nie z wyboru. Z przymusu. Widac moje "rano" nie bylo wystarczajaco wczesne, woda w zbiorniku na dachu zdazyla sie juz nagrzac i z prysznica poleciala ciepla, prosto na moja glowe.

Zrobilam sobie kawe. Czarna. Bez mleka, bez cukru. Takie "dziwactwo" w Indiach;)
Zrobilam tez herbate z mlekiem. I z cukrem.
Nie lubie mleka i herbaty z mlekiem... Tak na marginesie, pamietniczku drogi, nie lubic mleka i byc w Indiach, to zgroza. A nie lubic herbaty z mlekiem i byc w Indiach- to juz przestepstwo. Trudno, najwyzej zgnije w kryminale... Doszlam jednak do wniosku, ze dom to dom, a nie "prawdziwe Indie", i w tych swoich czterech scianach moge czuc sie bezpiecznie, a pic moge co chce- pozwalam sobie wiec nie lubic herbaty z mlekiem.
Kawa dla mnie, herbata dla kogos innego.

Przeczytalam gazete. Naglowki tylko i plotkarski dodatek o gwiazdach i gwiazdkach szol biznesu. Reszte przeczytam w ciagu dnia, siedzac w metrze, autobusie,w drodze na zajecia.
Gazeta to dobra rzecz, drogi pamietniczku. Gazete ktos codziennie dostarcza nam do domu. Nigdy nie widzialam tego "ktosia", ale wiem, ze ma on telefon (nawet znam jego numer), i zawsze moge zadzwonic i poprosic o dodatkowy egzemplarz gazetki, albo poinformowac, ze jade na kilka dni na wakacje, w zwiazku z czym na jakis czas z gazetki rezygnuje. Kazdego dnia, swiatek, piatek czy niedziela, ok 6.30 rano na naszym balkonie laduje z hukiem zwinieta w rulon i spieta gumka recepturka gazeta. Tajemniczy "ktos" ma takiego cela, ze hej! Nigdy sie nie myli, zawsze trafi w odpowiedni balkon, okno czy korytarz. Pierwsze pietro- prosze bardzo! Dziecinnie proste! Trzecie pietro? Czwarte?- tez nie ma sprawy. Tylko moze troszke bardziej trzeba bedzie zwolnic jadac na rowerze, i bardziej skupic sie na celowaniu.

Gazetka- do torby, stroj na zmiane na zajecia taneczne- do torby, prasolka- do torby (nigdy teraz nie wiadomo kiedy z czystego nieba spadnie deszcz...). I w droge. Na stacje metra. Troche to trwa. Slalomem podazam sobie miedzy wozkami z warzywami, spiacymi psami, rykszami rowerowymi, stosami niesprzatnietych jeszcze po nocy smieci.

Dotarlam do metra. Pomyslnie przeszlam kontrole wykrywaczem metalu, moja torebka tez pomyslnie przeslizgnela sie przez rentgen. Wsiadlam do metra, drogi pamietniczku... Nic takiego, wydawaloby sie, ale zapewniam, ze to wyczyn nie lada!. Tlok jest tu o kazdej porze dnia...
A w metrze ogloszenia. Mily meski glos w hindi informuje podroznych o ich prawach i obowiazkach, o zakazach i nakazach, o tym do jakiej stacji dojezdzaja. Kazde zdanie powtarza po angielsku, rownie miy, tym razem kobiecy glos.

Prosze odsunac sie od drzwi.
Prosze uwazac na kieszonkowcow.
Prosze pilnowac swoich bagazy.
Prosze nie zawierac znajomosci z nieznajomymi.
Prosze poinformowac pracownikow metra o kazdym podejrzanym przedmiocie pozostawionym bez opieki oraz o podejrzanym zachowaniu wspolpasazerow.
Nastepna stacja Rajiv Chowk.
Prosze nie popychac wspolpasazerow.
Prosze pozwolic wychodzacym pasazerom opuscic wagon.
Prosze ustapic miejsce osobom starszym i niepelnosprawnym.
Uprasza sie mezczyzn o nie zajmowanie miejsc siedzacych przeznaczonych dla kobiet.
Prosze nie pluc.
Prosze nie siadac na podlodze.
Prosze nie puszczac muzyki.

Matko jedyna! Drogi pamietniczku, w tym metrze niczego nie wolno..!;) Nawet pluc i siadac na podlodze. Zgroza!


Z metra- prosto na zajecia. Skacze, biegam, skacze i jeszcze raz skacze. I biegam. Takie skoczne zajecia dzisiaj jakies wyszly. Tym razem jednak nie ja jestem glowna skaczaca. Ja tylko pokazuje, a potem zmuszam do skakania innych;) Niech tez sie pomecza. Jak to milo byc "pania nauczycielka":)
O zajeciach tanecznych, drogi pamietniczku, juz sporo pisalam swego czasu, a pewnie jeszcze wiecej napisze. Dzis wiec poprzestane na tym skakaniu.

Po tancu- chwila oddechu. Te chwile wykorzystuje roznie: czasem na wizyte w kafejce internetowej, czasem na czytanie zaleglych ksiazek, czasem na powtorke materialu przed kolejnymi zajeciami, a czasem na obiad;)Dzis chcialam jednak pojsc na zakupy, potrzebne mi bowiem - banalna sprawa- owoce, warzywa i mleko (ktorego nie lubie...). Ale sklep, w ktorym to wszystko chcialam kupic, jest zamkniety codziennie w godzinach 13.00-16.00. A ja notorycznie o tym zapominam.
Nic to. W zwiazku z powyzszym czas na plan B. Biegusiem na przystanek autobusowy- niedlugo kolejna lekcja tanca. "Biegusiem" to moze nie jest najlepsze okreslenie... Bo akurat rozpadal sie deszcz. A jak sie rozpada deszcz, to z podrozy autobusem, ktora trwa ("biegusiem") 1 godzine, robi sie podroz dwugodzinna...
Telefon od nauczyciela: nie przyjezdzaj dzis na zajecia. Zalalo sale w ktorej cwiczymy.

Jeszcze jedno zadanie przede mna poznym wieczorem: przedpremierowy pokaz pewnej sztuki. Jak juz bedzie po premierze- zareklamuje te produkcje. Jak ja lubie reklamowac:) To jedno z moich ulyubionych zajec:)

Wracam, drogi pamietniczku, do domu. Ostatnim metrem (o 23.06).

A w domu.... zmieniam stroj na "wieczorowy", odklejam z czola, spomiedzy brwi, moje ozdobne wyjsciowe bindi i... NIE naklejam go na lustro! Tak wlasnie zwykly robic kobiety w Indiach: odklejaja ozdobe z czola i przyklejaja na lustrze, aby (byc moze) uzyc ja ponownie. Zazwyczaj jednak nie uzywaja i po jakims czasie tafla lustra upstrzona jest kolorowymi kropkami... Jakos irytuje mnie ten "zwyczaj". Nie potrafie wytlumaczyc dlaczego. Po prostu. I juz. Wiec NIE przyklejam bindi do lustra!
Bindi marki Renuka Gold.

I po reklamie, drogi pamietniczku:)
.

wtorek, 14 września 2010

Pocztowki z Indii...

Zaniedbalam bloga ostatnio... A sporo sie dzieje.

Nie pisalam, a to wcale nie dlatego, ze w miniona sobote tak sie zlozylo, ze przypadly w tym samym dniu dwa duze swieta: jedno hinduistyczne (Ganesh Chaturthi) i jedno muzulmanskie (Eid ul-Fitr).

Nie pisalam, tez wcale nie dlatego, ze otworzona w Delhi nowa linie metra (a wlasciwie przedluzono juz istniejaca). Teraz delhijskie metro ma 117 stacji, 130 km, a do konca miesiaca podobno otworzone zostana dla pasazerow dwie nowe linie- 20 km i 22km.

Nie pisalam, wcale nie dlatego, ze monsun w tym roku zaskoczyl wszystkich swa intensywnoscia i dlugoscia. Woda w Yamunie, rzece przeplywajacej przez stolice, przekroczyla stan alarmowy i jej poziom w miniona sobote wynosil 206,78m. Potem wody opadly, ale wszystko wskazuje na to, ze poziom znow sie podniesie (podczas powodzi w 1978 roku, woda w Yamunie siegnela 207,49m). Z zalanych i zagrozonych zalaniem terenow ewakuowani sa ludzie.
Wciaz pada.

A w Kaszmirze zamieszki. Juz od trzech miesiecy. Na ulicach tysiace protestujacych, miasto w plomieniach... Szef wladz Kaszmiru- Omar Abdullah zagrozil podaniem sie do dymisji.

Nie pisalam, nie dlatego, ze juz za 19 dni Commonwealth Games (Igrzyska Wspolnoty Narodow), a mijaja kolejne terminy, "dead-line'y" ,i prace nie poruszaja sie naprzod (lub posuwaja sie bardzo, ale to naprawde bardzo wolno...) - z powodu opieszalosci urzednikow, z powodu korupcji i z powodu deszczu oczywiscie.

Nie piesalam, wcale nie dlatego, ze trojka pakistanskich graczy w krykieta zostala zawieszona z powodu skandalu wokol ustawiania meczow.

Nie dlatego rowniez, ze nowa bollywoodzka produkcja "Dabangg", juz w ciagu pierwszego dnia na ekranie, zarobila wiecej niz inna bollywoodzka produkcja "Trzech Idiotow".

Tyle sie dzieje, a ja nie pisalam. A powinnam, bo przeciez tyle sie dzieje.
Nie pisalam, ale za to bylam zajeta sprawami domowo- zawodowymi i czytalam sobie ksiazke "Swiete gry". Autor: Vikram Chandra. Polecam.

No i po reklamie;)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Bracia i siostry wszystkich krajow laczcie sie... no Raksza Bandhan!


Co roku w sierpniu (nie zawsze 24 sierpnia), w tym szczegolnym dniu bracia skladaja swym siostrom obietnice, ze beda je chronic, opiekowac sie nimi i wspierac, a siostry obiecuja modlic sie za ich szczescie i dlugie zycie. Zawiazuja na nadgarstkach swych braci nic- tzw. Rakhi.
Rakhi symbolizuje milosc, zaufanie, szczegolna wiez laczaca rodzenstwo.

Zgodnie z tradycja, swieci asceci wiazali Rakhi na nadgarstkach wiernych przychodzacych do nich po blogoslawienstwo.
Dzis Raksza bandhan to nie tylko symboliczne Rakhi (co roku w nowych wzorach, pieknie zdobione, wedle panujacej mody i zwyczaju), ale tez wielkie swietowanie, prezenty, uczty, restauracje, wspolne spacery i zabawa.
I...- co bardzo wazne- dzien wolny od pracy i szkoly!:)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Troche "City"...

Spacery po Delhi nie naleza ostatnio do przyjemnych. 3/4 miasta to obraz nedzy i rozpaczy. Ulice rozkopane, zalane woda (pora deszczowa w tym roku jest podobno najbardziej deszczowa od 15 lat).

Stolica dzis to jeden wielki plac budowy. A wszystko przez zblizajace sie wielkimi krokami Igrzyska Wspolnoty Narodow- Commonwealth Games 2010. Uroczyste otwarcie Igrzysk juz 3 pazdziernika, a Delhi wyglada 10 razy gorzej niz przebudowywany na 2012 rok stadion X-lecia...
Duzo tutaj zamieszania, powazne bledy i korupcja na wszystkich szczeblach... Ale - ku rozczarowaniu, lub tez i radosci czytelnikow- nie o korupcji bede dzis pisac. I nie o Igrzyskach (na to przyjdzie czas; dajmy stolicy szanse na posprzatanie przed pazdziernikiem).

A bedzie dzis troche o tzw "city". Spelniam prosbe sprzed jakiegos czasu: oto kilka zdjec mniej "folklorystycznych" Indii. Jest i city. Z okien samochodu.






Delhi to nie tylko herbatki prosto z wielkiego czajnika na chodniku, nie tylko krowy sunace dostojnie po skrzyzowaniach, nie tylko zatloczone autobusy. Delhi to nie tylko spacery w pieknych ogrodach Lodi, pekajacych w szwach w weekendy i swieta, chetnie odwiedzanych przez 'piknikowiczow', ogrodach pelnych kwiatow, egzotycznych ptakow (podobno tez i motyli..., ale ani tych superegzotycznych ptakow ani motyli nie mialam jeszcze szczescia zobaczyc w Lodi Gardens...). Delhi to nie tylko sale koncertowe, recitale taneczne, galerie sztuki i wystawy. To nie tylko wielkie targi i bazary, na ktorych za grosze mozna kupic "wszystko", od 'etnicznych' kolczykow poczawszy, na meblach skonczywszy.

Stolica to tez wielkie, nowoczesne, wielopietrowe centra handlowe (z najwiekszym "shopping mall'em" w Azji wlacznie), szerokie ulice ze skomplikowanymi rozjazdami i splotami, zaprojektowanymi przez swiatowej klasy specjalistow, najlepszych w swoim fachu. To ogromne domy, luksusowe osiedla. To nocne zycie, restauracje,kina, kluby, miejsca o ktorych 'szary obywatel' moze tylko pomarzyc... Niedawno w pieciogwiazdkowym hotelu otwarty zostal nocny klub. Wlasciciel placi za wynajem tego miejsca miesiecznie 30 lakhow, czyli tyle za ile mozna kupic luksusowe mieszkanie w Delhi, czyli 3 miliony rupii indyjskich, czyli... o nie, nie kazcie mi przeliczac dalej, juz i tak ta suma nie miesci mi sie w glowie... (no ale tak wlasnie donosza wiarygodne zrodla;) ).

Ja tam sie trzymam herbatki na ulicy. Czasem, zeby poczuc sie "w wielkim swiecie"- ide na kawe do pobliskiego centrum handlowego- ulubionego miejsca spotkan delhijskiej mlodziezy- bogatych dzieci bogatych rodzicow).
.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

15 sierpnia. Dzien Niepodleglosci: "I-Day" (od Independence Day)- tak zwa go Hindusi, znani z umilowania skrotowcow.

W 1947 roku w Indiach srednia dlugosc zycia wynosila 31,4 lat. W roku 2010 srednia dlugosc zycia to 68 lat.
W 1947 pisac i czytac potrafilo 14% ludnosci. W 2010 - 68%.
Cena zlota (10 gr) w 1947 to 88 rupii, dzis - 18,000 rupii.
Na 100 tysiecy obywateli Indii w 1947 przypadalo 0,5 lekarza. Dzis- 64 lekarzy.

Takie miedzy innymi zestawienia i dane statystyczne opublikowala jedna z gazet w 63 rocznice odzyskania przez Indie niepodleglosci. Autorzy artykulu "Freedom @ 63"- urodzeni w 1947 roku, dorastali razem z Indiami... W kilkustronicowym, specjalnym dodatku do gazety codziennej, zastanawiaja sie czy cos zmienilo sie w Indiach od czasu ich (autorow i wolnego kraju) narodzin... Zaczynaja sie zastanawiac i dochodza do wniosku, ze zastanawiac sie jest glupio...;) tu sie nie ma nad czym zastanawiac. To oczywista oczywstosc:)).

Krotka lekcja historii, troche o reformach, o konstytucji, o tym co przez te 63 lata zmienilo sie na lepsze (autorzy artykulu wybrali 10 najbardziej znaczacych ich zdaniem zmian i dobrze zapowiadajacych sie poczatkow zmian na lepsze, m.in walke o rownouprawnienie kobiet, walke z homofobia i z dyskryminacja ze wzgledy na kaste czy religie).

Oprocz danych statystycznych, zestawien i lekcji historii, mamy takze liste 15 filmow, ktore najlepiej oddaja idee patriotyzmu i opisuja walke o niepodleglosc i o Indie.

Przytoczyc liste? A przytocze:

1. Naya Daur (1957), rez. BR Chopra
2. Haqeeqat (1964), rez. Chetan Anand
3. Upkar (1967), rez. Manoj Kumar
4. Purab aur Paschim (1970), rez. Manoj Kumar
5. Hindustan ki Kasam (1973), rez. Chetan Anand
6. Kranti (1981), rez. Manoj Kumar
7. Gandhi (1982), rez. Richard Attenborough
8. Tiranga (1992), rez. Mehul Kumar
9. Border (1997), rez. JP Dutta
10. The Legend of Bhagat Singh (2002), rez. Rajkumar Santoshi
11. Maa Tujhe Salaam (2002), rez. Anil Sharma
12. Swades (2004), rez. Ashutosh Gowariker
13. Bose: A forgotten hero (2005), rez. Shyam Benegal
14. Rang de Basanti (2006), rez. Rakeysh Mehra
15. Chak De! India (2007), rez. Shimit Amin


A co za oknami w czasie gdy czytam sobie dodatek do gazety codziennej? A za oknami niebo bezchmurne, niebieskie, slonce wyrabia 200% normy... Niebo uslane kolorowymi latawcami (ostatni krzyk mody to latawce z wizerunkiem gwiazd Bollywood).
Puszczanie latawcow jest tutaj prawie sportem narodowym, a Dzien Niepodleglosci nie bylby Dniem Niepodleglosci, bez prawdziwych wielkich zawodow latawcowych. Cale rodziny wychodza na dachy domow i wypuszczaja latawce w niebo. Zwycieza ten, komu uda sie przeciac linke latawca przeciwnika (linka swojego latawca oczywiscie, bo tylko takie ciecia sa dozwolone!).

15 sierpnia przypadl w tym roku w niedziele, ku rozpaczy uczniow (taka ironia losu... to tak, jakby 1 maja przypadl w piatek...).
Niedziela, jak niedziela. Ale w telewizji same programy i filmy patriotyczne, prezenterzy ubrani w trojkolorowe, pomaranczowo-bialo-zielone kreacje, barwy flagi Indii. Pod India Gate (Wrotami Indii) tlumy ludzi... Nie zaryzykowalam tam wycieczki w ciagu dnia... Natomiast wieczorem przy India Gate jest calkiem przyjemnie. Tlumy nadal okupuja plac przy Wrotach, ale atmosfera jest juz bardziej rodzinna niz 'oficjalna'. Cale rodziny przychodza tu jak na piknik, jedza lody, wate na patyku, bawia sie kolorowymi balonami i pilkami, festyn i swietowanie trwa.

Z okazji Dnia Niepodleglosci wypilam duszkiem, zamiast Pepsi, rodzimej produkcji Thums Up (indyjski gazowany odpowiednik coli i pepsi, w kolorze czarnym, o smaku... hmmm... kadzidla:) ). Troche mi potem co prawda zostal w ustach posmak mydla sandalowego Mysore i kadzidelka, ale czego sie nie robi dla kraju!
11 listopada obiecuje wypic duszkiem... no co ja tam moge wypic?... o! kwas chlebowy!:)

piątek, 13 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zawod: sluzacy.

Dzisiaj refleksja na jedynym w swoim rodzaju stosunkiem Hindusow do ... pralki;) i do instytucji "sluzacego".

Moj znajomy, dziennikarz, wynajmowal z kolega, takze dziennikarzem, mieszkanko w poludniowym Delhi. Gdy nie mieli czasu pichcic sobie obiadkow (a zazwyczaj nie mieli, bo jako poczatkujacy dziennikarze dostawali najmniej 'atrakcyjne' dyzury- nocne, w dzien zatem odsypiali), wpadala do nich sasiadka, ktora zatrudnili prawie na pelny etat, by im gotowala i sprzatala.
To nic w sumie dziwnego, nic nadzwyczajnego. W Indiach w wielu domach jest ktos, kto za nas ugotuje, sprzatnie i upierze. Nawet srednio zamozne rodziny indyjskie maja pomoce domowe (wiekszosc ludzi uzywa jednak niestety slowa 'sluzacy', ktorego osobiscie nie lubie...). Czesto taki "sluzacy" czy "sluzaca", pomaga pani domu w gotowaniu. Jak pomaga? Glownie kroi warzywa. Pokroi skladniki do takiego, na przyklad curry, w drobna kostke, zmyje po sobie naczynia i pojdzie. A pani domu wejdzie do kuchni, wsadzi wszystkie pokrojone warzywa do gara i zrobi curry...

Wrocmy jednak do mojego znajomego dziennikarza i jego sasiadki ktora, przypomne, gotowala mu czasem, zmywala naczynia i sprzatala. Nie prala jednak jego ubran. Po rzeczy do prania przychodzil raz w tygodniu chlopak i nastepnego dnia odnosil czysciutkie i wyprasowane ubrania. Az pewnego razu moj znajomy... (uwaga, uwaga! werble!) ...kupil sobie pralke! Chlopak przestal przychodzic po brudne ubrania, ale za to zostal zatrudniony jako "obsluga pralki";) Robota w miare prosta: wpadasz raz w tygodniu, wlaczasz te pioraca ciuchy machine (wczesniej pan domu przeczyta instrukcje obslugi, nauczy Cie, wytlumaczy co i jak, wiec odpowiedzialnosc zerowa, w razie niepowodzenia zwalasz wine na niego), obserwujesz jak sie wszystko ladnie w bebnie kreci, wyjmujesz, wieszasz na sznurkach i juz. Gdyby moj znajomy dziennikarz mial zone, ona pralaby swoja bielizne sama w reku, by nie gorszyc Chlopaka Obslugujacego Pralke.

W Indiach nie kazdego stac na pralke, czy zmywarke do naczyn; zazwyczaj jednak stac go na posiadanie pomocy domowej.
Pomoc domowa to czesto mlodzi chlopcy dwudziestoparoletni - z tym spotykam sie najczesciej (ale nie ma reguly; sa to oczywiscie takze dziewczyny, kobiety i mezczyzni w srednim wieku). Przybywaja z malych miasteczek i wsi (do Delhi najczesciej z Uttar Prades lub Biharu), aby szukac pracy. Pracuja, zarabiaja, potem jada do siebie na wies, by na przyklad wziac slub z wybrana przez rodzine dziewczyna, a po wszystkim wracaja do miasta, do swych pracodawcow (i wysylaja rodzinie czesc zarobionych pieniedzy).

Z badan wynika, ze z uslug "sluzacych" (takim terminem posluguja sie zazwyczaj Hindusi) korzysta najczesciej klasa srednia. Placa dla pomocy domowej jest raczej groszowa, ale dla wielu osob to jedyny sposob na przetrwanie. Wszyscy sa zadowoleni- wiele osob dostanie prace, wiele zostanie w pracy wyreczonych.

Apartamenty na luksusowych osiedlach i nowe mieszkania coraz czesciej maja w standardzie maly pokoj z lazienka, z osobnym wejsciem, "doczepiony" do mieszkania. Taki pokoj wyposazony jest od razu w dzwonek lub telefon, za pomoca ktorego mozna laczyc sie tylko z mieszkaniem pracodawcy...

środa, 4 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Post scriptum

Obiecane foty z gazet w MP. Na tyle niewyrazne, ze ktos moze watpic czy to naprawde ja...
Trudno:)




Post scriptum

.

Pocztowki z Indii...

I'm singing in the rain... w wydaniu indyjskim monsunowym:)



Prosze Panstwa, oto Pulkit. Pulkit przyszedl na zajecia z chhau (podobnie jak ja) w pewien (lipcowy jeszcze) dzien monsunowy... Nikomu innemu nie udalo sie dotrzec do Triveni Kala Sangam na Mandi House, z powodu deszczu, ktory raczyl zalac delhijskie ulice, uniemozliwiajac poruszanie sie po miescie. Co robic, jak nie ma chhau i pada deszcz? Nic, tylko spiewac w deszczu...! Ja sobie jednak darowalam te przyjemnosc. Wolalam uwieczniac te chwile z pomoca aparatu.
A Pulkit spiewa dalej...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zapamietane w ciele...

Przez dwie godziny zajec skaczemy, biegamy, wywijamy mieczami. Pot sie leje strumieniami. Doslownie. Koncowka lipca w Delhi. Nawet nie jest tak goraco, moze jakies 35 stopni, ale za to wilgotnosc powietrza chyba 100 % ;) I do tego 'power cut' (tak w Indiach zwa przerwe w dostawie pradu). Jedyna pociecha w gorace dni - wiatraki pod sufitem- przestaja dzialac zaraz po rozpoczeciu zajec. Ale nie oznacza to absolutnie, ze lekcja chhau sie nie odbedzie. Nie oznacza to takze, w zadnej mierze, ze zostaniemy potraktowani jakos ulgowo.







Na chhau wykonujemy codziennie (a ci wytrwali oraz ci, ktorzy nie maja nic innego do roboty przez caly bozy dzien- nawet dwa razy dziennie)zestaw tych samych cwiczen. Dobrze wykonane , w dobrym tempie z odpowiednia iloscia powtorzen, powinny zajac okolo 20 minut lekcji. Cialo zapamietuje te rozgrzewke bezblednie. Jest to o tyle wazne, ze wszystkie te cwiczenia wykorzystuje sie potem w podstawowych krokach, w dluzszych sekwencjach krokow tanecznych , wreszcie w choreografiach.
Nie wszyscy jednak maja ochote i zapal, by czekac az zacznie sie nauka choreografii... Cwiczenia i nauka techniki, powtarzane do znudzenia elementy... kto to przetrzyma?



Nasz nauczyciel z doswiadczenia wie, ze zazwyczaj po kilku miesiacach z grupy 10 osob zostaje jedna, moze dwie. Dlatego czasem dostosowuje sie sposob uczenia do wymagan grupy. Takie czasy... Niektorzy przychodza tu jak na 'ciekawsza forme aerobiku'.
Gdy guru dostrzeze w uczniu zainteresowanie tancem, pasje i oddanie, i dojdzie do wniosku, ze cos z tego mozna wykrzesac- wtedy bierze sprawy w swoje rece i decyduje kiedy kogo i czego uczyc.

Troszke odejde od chhau na chwilke: mam znajoma, Hinduske, ktora przychodzila kiedys na lekcje tanca odissi, do pewnego wielkiego guru, przez niemal pol roku, 4 razy w tygodniu. Zajecia trwaly 15 minut i odbywaly sie w przerwie miedzy zajeciami grup zaawansowanych. Przez te pol roku wykonywala kilka tych samych cwiczen, nawet nie krokow tanecznych. Po 6 miesiacach nauczyciel stwierdzil, ze wytrwalosc i zawzietosc uczennicy czas nagrodzic i przyjal ja do 'normalnej' grupy poczatkujacej, na 'normalne' lekcje.
To moze skrajny przypadek, ale na pewno nie odosobniony w Indiach.
Ciekawe jak skonczyloby sie stosowanie takiej metody na naszym, polskim gruncie...?;)

Nasz nauczyciel chhau, ktory prowadzil wiele warsztatow w Indiach i poza granicami kraju, obserwuje: "Na Zachodzie uczniowie potrzebuja czestych zmian i szybszych efektow pracy. Wy sie szybciej uczycie. Uczniowie w Indiach- wolniej".

Na zajeciach, na ktore uczeszczam w Indiach, rozni guru stosuja wobec swoich indyjskich i zagraniczych studentow zarowno metode nieskonczonej ilosci powtorzen danego kroku (cialo zapamietuje ruch i potrafi bezblednie go wykonac po jakims czasie, bez nadmiernego angazowania w to myslenia i zastanawiania sie nad przebiegiem ruchu i zmianami w ciele), jak i rozkladania danych krokow na czynniki pierwsze, tlumaczenia sobie jak pracuje w danym momencie kazda czesc ciala, i logicznego kontynuowania rozpoczetego ruchu. Kazda metoda jest dobra jesli prowadzi nas do celu:)

Jest jeszcze jedna rzecz: zapisywanie tanca. Ta metoda obca jest wielu Hindusom. Kiedys w ogole jej nie stosowano. Owszem, moze i zapisywano po krotce kolejnosc krokow, ale nikt nie skupial sie na tym, aby dany krok sam w sobie jakos zobrazowac, opisac.
My- zagranicznicy;)- mamy odruch do zapisywania wszystkiego w zeszytach (obserwuje to na zajeciach). Po lekcji siadamy i smarujemy na kartkach, rysujemy, wymyslamy znaczki, kropki, kreski. Kazda metoda (nawet amatorska) zapisu, jest dobra. Kazdy ma swoj kod, szyfruje choreografie tak, ze korzystanie z cudzych notatek czasem jest po prostu niemozliwe:)
Indyjscy nauczyciele coraz czesciej zachecaja swoich indyjskich studentow do prowadenia zeszytow. Czesto okazuje sie, ze takie notatki w razie zacmienia umyslu i ciala, ratuja nas z opresji (pewne jest, jak 2+2=4, ze jak zapomnisz co masz tanczyc, to oberwiesz od nauczyciela kijkiem do wystukiwania rytmu:))
.