niedziela, 27 czerwca 2010

Pocztowki z Indii...

Znacie? Znamy! No to posluchajcie...

O Delhi juz kiedys pisalam co prawda, ale ja tak moge w kolko...;)

W cieniu drzewa, wyrastajacego sobie nagle na srodku chodnika, chlodza sie sprzedawcy kukurydzy, herbatki, papierosow, ksiazek, wszystkiego... Nikt im tam za bardzo nie przeszkadza, bo piesi raczej rzadko z chodnika korzystaja. Komu bowiem chce sie co 5 metrow wchodzic na chodnik i schodzic z niego? (krawezniki w dodatku maja okolo pol metra wysokosci - przynajmniej nikt sie o nie nie potknie, bo siegaja kolan:)). Komu chce sie omijac rosnace drzewa i krzaki, kladace sie calym swoim zielonym cialem dokladnie w miejscu, gdzie teoretycznie powinno byc miejsce dla spacerowiczow?
Akcja "Keep your Delhi clean and green" najwidoczniej przynosi skutki pozadane. Stolica jest zaskakujaco zielona. Zazielenianie miasta przeprowadza sie, sadzac krzaki i drzewa w roznych, bardziej lub mniej przystosowanych do tego miejscach. Ale sie sadzi. Dobrze. Rezultat: duzo roslinnosci wszelakiej w tym zatloczonym i zanieczyszczonym do granic, nowoczesnym miescie.
"Keep your Delhi green"- OK, zgoda. A jak z ta czystoscia? Tu sie juz nieco gorzej stolica spisuje, niestety... Dbanie o czystosc objawia sie na przyklad (poza wieszaniem gigantycznych bilbordow) ustawianiem w wielu miejscach koszy z zachecajacym napisam 'USE ME' - 'uzyj mnie'. Nie wszyscy wiedza chyba jak to zrobic, albo nie wszyscy potrafia wcelowac do kosza - swiadcza o tym gory smieci wokol pojemnikow, dalej, blizej, czasem bardzo blisko, rzadko jednak w srodku. No ale samo to, ze kosze sa, jest juz dobrym znakiem.
Czesto to, co nie trafi do kosza, trafia do zoladka krow, ktore powoli, z gracja i spokojem naleznym przedstawicielkom ich rodu, snuja sie po ulicach i przezuwaja liscie, resztki jedzenia oraz plastikowe i fizelinowe torebki, papierowe opakowania, w zasadzie wszystko co wpadnie im w paszcze. Te zwierzeta trawia chyba wszystko bez problemu. I moze na tym tak wyrastaja. Delhijskie krowy to giganty, duzo wieksze od naszej poczciwej krasuli. Krowy, jak juz sie najedza, klada sie gdzie popadnie. Czasem urzadzaja sobie sieste na srodku ulicy. A wokol nich- masa pojazdow, plynacych wielka fala i bezkolizyjnie wymijajacych sie o milimetry.
Na skrzyzowaniach ulic stoja uliczne swiatla, a nad nimi elektroniczne zegary odliczaja sekundy do startu.
Czerwone swiatlo... 45, 44, 43,... ten charakterystyczny dzwiek niecierpliwie naciskanego co chwila pedalu gazu... Stoimy... 40, 39, 38... na okraglym czerwonym reflektorze napis RELAX. Nie pozostaje wiec nic innego jak sie zrelaksowac. 27, 26, 25... odlicza spokojnie sekundnik.
Ulica ma 3 pasy ruchu, ale samochody, autobusy, ryksze, rowery, motocykle, skutery i wozy ciagniete przez zwierzeta rozne (krowy, konie, wielblad tez sie moze zdarzyc), nie stoja wcale w trzech grzecznych liniach. Kazdy staje tam, gdzie ma ochote, a raczej tam gdzie sie zmiesci.




13, 12, 11... ktos ma juz dosyc relaksowania sie i probuje sie przebic przez tlum, byle do przodu, byle blizej linii startowej. Pociaga za soba kilku innych smialkow, ktorzy gdyby tylko mogli, przeskoczyliby ponad dachami samochodow stojacych przed nimi...
4, 3, 2, 1.. i wielka fala pojazdow, przy ogluszajacym akompaniamencie klaksonow, pokrzykiwan i poganiania sie nawzajem, rusza spod swiatel.

Prawo dzungli:
Kto pierwszy, ten lepszy.
Nigdy nie ufaj przeciwnikowi!
Nie zakladaj, ze kogos obchodza znaki drogowe i swiatla, a nawet policjanci kierujacy ruchem ulicznym (czesto tych policjantow tez nie obchodzi caly ten ruch uliczny, ktorym maja kierowac:) )



Zasada jest taka: Masz czym jezdzic? No to w droge! (a prawo jazdy, jesli go jeszcze nie masz, kupisz za rogiem:) )

środa, 23 czerwca 2010

Pocztowki z Indii...

O farbie, ktora udawala, ze probuje zakryc...

Scena w sklepie.
Osoby dramatu: My, Pan S.

MY: Witam. Poprosimy farbe.
PAN SPRZEDAWCA (zwany dalej PANEM S.): Swietnie! Ok, fine [Z ENTUZJAZMEM]. A do czego?
MY: A do pomalowania scian w pokoju.
PAN S.: Ok, fine [Z ZAPALEM]. Swietnie! Mam rozowa, zielona, niebieska, zolta, fioletowa i pomaranczowa... To jaka?
MY: Biala.
PAN S.: Ok, fine... [Z NIEDOWIERZANIEM]. Biala...? Na pewno...?
MY: Na pewno. Biala i zadne inna.
PAN S.: Ok, fine... [Z REZYGNACJA]. A do lazienki tez potrzeba? Do przedpokoju?
MY: Nie. Nie potrzeba.
PAN S.: Juz sa biale?!
MY: Nie . Lazienka jest zielona, a przedpokoj rozowy.
PAN S.: Ok, fine...! [Z ULGA. NIE DO OPISANIA]


No i tak jest wlasnie - lazienka w wynajetym mieszkanku jest zielona, przedpokoj rozowy, a kuchnia zolta. A pokoj... no, bialy to on nie jst. Byl rozowy, pasowal do przedpokoju, ale jakos to bylo tak... hmm... za pieknie jak na nasze gusta. Aby dodac sobie animuszu i podazac za lokalna moda stosuje sie tu, do malowania scian mieszkan, wlasnie takie piekne, zywe kolorki. To takie indyjskie:) Jesli ktos w Delhi taki swiatowy bardziej jest i mieszka w 'swiatowych' bardziej apartamentach- ma, jako kolor wyjsciowy scian- biel... Nieskazitelna. Lub troche zlamana...;)
No a my- tacy miedzynarodowi i swiatowi- chcelismy miec biel... Wyszla zlamana;) Zlamana rozem.
Farba nabyta droga kupna- sprzedazy, to byla taka "farba-nie farba", sluzaca bardziej do odnawiania i odswiezania scian, niz do zakrywania poprzedniego koloru. No i mozna powiedziec, ze faktycznie "odnowila". Probowala udawac, ze zakryla, lub moze lepiej (blizej prawdy): udawala, ze probuje zakryc. Ale nie wyszlo jej do konca;) Wyszedl za to kolorek taki troche lila, troche wrzosik. Nawet calkiem niczego sobie, musze przyznac po glebszym zastanowieniu.

Milo, przytulnie, cieplutko.
Po wczorajszym upale, slonce postanowilo "Dzis nie robie!" i tak wlasnie uczynilo. No i dzis chwila wytchnienia w zwiazku z tym - tylko 43 stopnie ciepla.
I tak minely pierwsze dwa dni w Delhi.
Superowo:)
.

niedziela, 20 czerwca 2010

Pocztówki z Indii... odsłona kolejna

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku (w ramach społecznej kampanii "nie bądź tchórzem, zagłosuj") - lecę do Indii.
"Pocztówek z Indii..." spodziewać się należy zatem już niedługo:)
.

"Niezbędnik Tancerza"

Przedmowa:
Oddając pierwsze wydanie „Niezbędnika Tancerza” do rąk szanownych Czytelników, autorzy mają nadzieję, że zestawione w nim teoretyczne przesłanki wiedzy tanecznej, aktualne rozwiązania oraz najnowsza praktyka realizacyjna, a szerzej – tworzenie przychylnego dla tancerza warsztatu, ułatwią im wybór stylu, szkoły i rozwiązań słusznych. Każdy z nas, niezależnie od tego, czy uczestniczy profesjonalnie w szkoleniach i treningach tanecznych, czy nie, działa bowiem w przestrzeni i ma wpływ na swoje, jak i innych, środowisko funkcjonowania.
Rezultat naszej pracy poddajemy osądowi Czytelnika, mając nadzieję, że ta – daleka być może jeszcze od doskonałości – próba zaadaptowania kultury i sztuki Indii na gruncie rodzimym spotka się z przychylnym odbiorem.
Zapraszamy do lektury…


Rozdział pierwszy, paragraf pierwszy.
Rozdział pierwszy, będący krótkim przeglądem istotnych różnic w stylach tanecznych, zawiera porady praktyczne i teoretyczne dotyczące wyboru odpowiedniej odmiany, dopasowanej do wymagań i konstytucji tancerza. A także zestaw celnych wskazówek skupiających się na metodach efektywnego i efektownego rozwijania swego talentu, kondycji, tężyzny i kultury fizycznej.
Czytelnik poznaje: 9 ruchów głowy, 8 ruchów oczu, 4 ruchy szyi, pozycje ręki, 54 ułożenia dłoni, ruchy nóg, stóp, korpusu, skoki, obroty, różne rodzaje postawy ciała.
Uczy się, jak czerpać niewypowiedzianą radość i absolutną przyjemność z najprostszych ruchów i kroków tanecznych…



Rozdział drugi, paragraf 17, strona 87.
W rozdziale drugim naszego „Niezbędnika” mówić będziemy pośrednio i bezpośrednio o sprawie niewątpliwie ważkiej, jaką jest trudna umiejętność pracy w grupie. Jesteście gotowi – Drodzy Czytelnicy – na omówienie kolejnego aspektu sztuki tanecznej: choreografii grupowej.
Choreografia grupowa (z angielskiego „grup prodakszyn”) to układ ruchów rytmiczno-ruchowo-tanecznych w przestrzeni trójwymiarowej, komponowanie tańca, z wykorzystaniem trzech (lub więcej) tancerzy. Na etapie tworzenia choreografii należy zawsze pamiętać, że każdy tancerz, posiada niestety cechę jednospójności i ograniczenia w przestrzeni. Nie wypada zatem oczekiwać, by znajdował się w dwóch miejscach jednocześnie. Nie może i nie powinien – gdyż zagrażałby tym samym współtancerzom (z niewyjaśnionych dotąd przyczyn takie nadprzyrodzone kolizje w przyrodzie czasem jednak występują; choreografowie Teatru i Studia Tańca Nataraja nadal próbują zgłębić istotę tego zjawiska).
Oto kilka praktycznych przykładów tegoż zagadnienia: symultaniczne rozrzucanie kwiatków na scenie, zsynchronizowana zamiana miejsc podczas tańca, itp.





Rozdział czwarty, ostatni.
„Jak, czym i o czym opowiadać tańcem”.
Klasyczny taniec indyjski, jako sztuka, działa w służbie mitologii, a zatem opowiadać tu będziemy historie bogów panteonu hinduistycznego. Jak czynić to należy? – zawiśnie pytanie na ust waszych koralach. Nasza odpowiedź brzmi: szybko, sprawnie, bez zastanowienia, wykorzystując bezbłędnie opanowaną mimikę i szeroki wachlarz emocji, który w odpowiednich sytuacjach zakwitnie na szlachetnej twarzy tancerza.
Uwagi ogólne i pouczenia praktyczne dotyczące mimiki twarzy dla zaawansowanych, znajdziecie, drodzy Czytelnicy, także w punkcie pierwszym niniejszego rozdziału. Aby nie zawisnąć w próżni teoretycznych rozważań, posłużmy się jednak konkretnym przykładem, mianowicie: Jak opowiadać o bogu Śiwie...







Posłowie:
Treści zawarte w „Niezbędniku Tancerza” zawsze warto odnosić do własnego otoczenia, do wiedzy bezpośrednio zaczerpniętej z osobistych doświadczeń, obserwacji tego, co w naszym środowisku tanecznym się zmienia; dociekać co było lub jest tego przyczyną i tym sposobem poszerzać swoją świadomość ruchową, tak niezbędną w praktyce zawodowej tancerza.
Niniejsza publikacja nie powstałaby, gdyby nie pomoc, niezłomne wsparcie i zaangażowanie następujących osób:
1) Was – wiernych fanów i nowych widzów,
2) Nas: Anny Łopatowskiej – założycielki Teatru i Studia Tańca Nataraja; Ilony Berezowskiej – niezłomnej manadżerki, prawniczki, bileterki, recepcjonistki, kasjerki, księgowej i tancerki; oraz: najwytrwalszych uczennic Studium, instruktorek i solistek Teatru Tańca Nataraja.



"Niezbędnik tancerza" jest niejako próbą syntezy wiedzy teoretycznej i praktycznej zdobywanej przez lata. Czytelnikowi pozostawiamy osąd w jakim stopniu próba ta się powiodła…

koncept/teksty: Marta Krzemień-Ojak, Aleksandra Michalska-Singh; film: 1:Alicja Kaczorek; 2:Marta Krzemień - Ojak; zdjęcia: Pagal Foto&Film
.

sobota, 12 czerwca 2010

Zapraszam...


Niezbędnik tancerza

Kilka rodzajów spojrzeń, 9 idealnie opracowanych wyrazów twarzy, 13 ruchów głowy, 36 poruszeń oczu, 8 poruszeń źrenic, 9 poruszeń powiek, 7 poruszeń brwi, 6 poruszeń nosa, 6 ruchów policzków, 7 poruszeń brody, 9 pozycji szyi, 28 gestów jednej ręki, 23 gesty obu rąk, 10 rodzajów postaw całego ciała, 6 rodzajów ustawienia stóp... różne rodzaje kroków... obrotów...
To tylko trochę ponad 168 elementów Niezbędnika, który tancerz lub tancerka klasycznego tańca indyjskiego powinien mieć zawsze w zanadrzu

Klasyczny taniec indyjski wymaga dużo pracy i zaangażowania. Trzeba wiele cierpliwości i zamiłowania, by zgłębić i opanować wszystkie reguły, które nim rządzą. Jednak to nie wystarczy – należy także poznać i zrozumieć kontekst historyczny i kulturowy jemu towarzyszący.

Zapraszamy na niepowtarzalny pokaz, w którym zaprezentujemy, jak uczennice i instruktorki Studium Tańca Nataraja wspólnie zagłębiły się w tanecznej sztuce Indii, by odbyć drogę od mozolnej nauki mudr (gestów dłoni),nowych ruchów i postawy do umiejętności opowiadania ciałem i mimiką fastynujących historii...

Jak nauczyć się posługiwać wszystkimi elementami Niezbędnika...


Czas: 18 czerwca 2010 r., godz. 18:00
Miejsce: Centrum Kultury Łowicka, ul. Łowicka 21, Warszawa
Wstęp: 15 zł

wtorek, 8 czerwca 2010

Garam masala... czyli jak przetrwać w Indiach.

Ten odnaleziony notes, kupiony w Radźastanie, oprawiony w skórę, z podobizną Ganeśi, okazał się kopalnią wspomnień.Zapiski, notatki, cenne informacje… Między innymi taka, że podczas pierwszej podróży po Indiach przejechałam prawie 17 tysięcy kilometrów. Albo, że najlepsza kawa z automatu jest na dworcu kolejowym w Bhopalu, najlepsze samosy sprzedają w Ganesh Restaurant w Lucknow i że południowoindyjskiego jedzenia nie lubię od pierwszego smakowania (do dziś mi zostało!). Że w Tandźawurze czarna kawa jest droższa od tej z mlekiem, że w 2003 roku znaczek na pocztówkę do Polski kosztował 8 rupii, wyprasowanie trzech spódnic kosztowało mnie kiedyś 5 rupii, bilet do kina - 40, kawa (w zależności od miejsca) od 2 do 100 rupii, kilko ziemniaków - 8, a wejście do Tadź Mahal 750 rupii… Przypomniało mi się, że nie znoszę „cold-ginger-lemon-masala-honey-mint tea” w Mahalaxmi Restaurant w Gokarnie, a kokosów nie lubię od momentu, gdy zatrułam się nimi w Madrasie (przepraszam, w Ćennai).

Czytam sobie zapiski i oglądam zdjęcia. Przypominam sobie gdzie „pstryknęłam” to jeziorko.


To było w Eklingdźi. Najpierw obejrzałam sobie kompleks świątynny Kailaśpuri (108 świątynek),


a potem…: góry, lasy, wodę, kwiaty, skały, soczystą zieleń… Pamiętam, że widok z góry na miasteczko, jezioro i świątynie był cudowny. Aby to sprawdzić, należało wspiąć się po skałach. Im wyżej tym piękniej…


Przypomniałam sobie też o jednym bardzo ciekawym miejscu. Nawet zanotowałam sobie adres, dla potomności: Binny Road, 600 002 Chennai, w hotelu Connemara. Tam mieściła się (to był 2003 rok, więc może mieści się nadal, muszę to sprawdzić) księgarnia GIGGLES. Spędziłam tam (według notatek z notesu z Ganeśą) ponad 3 godziny i zostawiłam ponad 2000 rupii. Przy cenach kształtujących się w granicach 50-200 rupii za książkę, przybyło mi do bagażu ładnych kilka kilogramów po tej jednej wizycie w księgarni (a nie była to jedyna odwiedzona w Indiach księgarnia;) ). Cóż, widać oszczędzałam na jedzeniu po to by nie oszczędzać na książkach:)
Księgarnia GIGGLES jest mikroskopijna. Zważywszy na ilość książek, które się w niej znajdują, powinna być pięć razy większa. Książki leżą tu na podłodze, poukładane jedna na drugiej, w stosach sięgających sufitu.


Trzeba się nieźle namęczyć, by znaleźć i dostać się do interesującej nas pozycji. Na szczęście nie jesteśmy osamotnieni w poszukiwaniach. Jest pewna, tajemnicza logika w tym chaosie. Jest jakaś konsekwencja w ułożeniu poszczególnych tomów… Dla mnie to była zagadka, ale klucz do niej miała pani Nalini- właścicielka księgarni, oraz jej pracownik… Można było podać tytuł interesującej nas książki, albo tylko autora czy dziedzinę, albo nawet sam kolor okładki, jeśli tytuł wyleciał nam z pamięci, a natychmiast siwiuteńka pani Nalini, prawdziwa dama, siedząca za biurkiem, w okularach, zaczytana zawsze w jakiejś książce, podawała swemu pracownikowi magiczne „współrzędne”, a on w mgnieniu oka nurkował w stosach tomów i tomików i wypływał po chwili, oczywiście z naszym „zamówieniem” w dłoni. Potrafił zlokalizować każde dzieło, które znała pani Nalini (a znała pewnie wszystkie dzieła świata; łącznie z poezją Szymborskiej, której były w księgarni chyba ze 4 tomy).

Cóż ja sobie jeszcze przeczytałam w moim zeszycie z Radźastanu…? A na przykład o tym że Agnieszka miała sen: siedziała na rydwanie ogromnym, w nocy wywieziono ją w okolice pobliskiej świątyni… Siedziała na tym rydwanie, wokół gromadzili się ludzie, wznosili niezrozumiałe okrzyki, a na koniec Agnieszka… odgryzła głowę komuś tam. Niestety nie wiemy komu, bo się obudziła.
A po czym to ona miała taki cudowny sen? Opowiem kiedy indziej (też przeczytałam sobie tę historię w moim notesie Ganeśowym).

Foto: zbiory prywatne autorki

sobota, 5 czerwca 2010

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.

Ze starego zeszytu, kupionego w Udaipurze, oprawionego w skórę, z wizerunkiem Ganeśi, sierpień 2004 roku…:
Gdzieś na Pustyni Thar…



W Jaisalmerze – żółtym mieście – w każdym prawie hotelu, można sobie zarezerwować wycieczki przeróżne. Jedna z wielu propozycji- safari. Tu też można wybierać: safari jednodniowe, dwudniowe, trzydniowe, na wielbłądach, jeepem, pod gołym niebem, w pięciogwiazdkowych hotelach (to opcja „wypad na pustynię i powrót do cywilizacji”), ze zwiedzaniem, bez zwiedzania, itd…, itp…
No to się wybrały dwie turystki- czyli my. Dagmara i ja. Aga i Tomek- kibicują i czekają naszego powrotu (mam nadzieję, że tęsknią bardzo:)).
Wybrałyśmy opcję następującą: trzy dni, najtaniej, na wielbłądach, pod gołym niebem (dlatego najtaniej).

Dzień pierwszy:
Grupa ośmioosobowa, międzynarodowa: Anglik, pięciu Hiszpanów i my. Do tego 4 przewodników, a właściwie 3,5 przewodnika, bo ten czwarty był 10 letnim chłopcem- maskotką wyprawy:) , no i oczywiście 12 wielbłądów.
Każdy „dostał” swojego wielbłąda…
Musimy się z nimi zaprzyjaźnić; przez najbliższe 3 dni się nie rozstaniemy (a pamięć o nich i siniaki na pośladkach i udach zostaną z nami pewnie jeszcze dłuuuugo;) ).


Mój przyjaciel wielbłąd ma na imię Radźu. Rozmawiam sobie z nim. A ściślej: rozmawiam sobie „do niego”. Spokojny jest, cierpliwy, słucha, patrzy tymi swoimi niewinnymi, wielkimi oczętami, zza firanek rzęs. Autor animowanej smoczycy ze „Shreka” wzorował się ani chybi na Radźu!
Wielbłądy niosą nas i nasze koce. Koca muszę sobie pilnować- na razie na nim siedzę, ale w nocy będę na nim spać. Jak zapomnę, że mam go rano z powrotem wsadzić pod siodło- marny mój los.


Dwa wielbłądy niosą wodę i to czym będziemy się najadać przez najbliższe trzy dni. To znaczy Dagmara i ja się będziemy najadać przez trzy dni, bo Hiszpanie wieczorem pierwszego dnia wracają, a Anglik zostaje tylko na jedną noc. Dlatego właśnie jedzie z nami aż 4 przewodników (przepraszam, 3,5 przewodnika). Jeden wróci z Hiszpanami, drugi z Anglikiem, a 1,5 przewodnika zostanie z nami do końca (czy szczęśliwego, czy marnego- to się okaże).
Upał, gorąco, słońce praży, Ola się smaży, jeszcze większy upał, żar i duchota, wielbłądy, piasek, woda wrze w plastikowych butelkach, możemy herbatę sobie zaparzać, upał i żar, no i duchota, piasek w oczach, piasek w ustach, piasek w ubraniu, piasek w kawie, turbany na głowie, krem ochronny filtr 60, gorąco i żar, uda i tyłek- nie czuję już nawet, kąpiel w wodzie z butelki, dobrze, że nie zgubiłam koca, mam na czym spać, śpię, i to koniec dnia pierwszego:)

p.s. zanim zasnęłam widziałam skorpiona.

Dzień drugi:
Pobudka o 6 rano. Wszechobecny piasek, czyli nic się nie zmieniło:) dobrze mi w tych Indiach. Nawet na tej pustyni mi dobrze.
Noc na pustyni, jak się okazało, jest bardzo jasna. Księżyc wielki, gwiazdy nad nami… I wieje wiatr.
Rada dla spędzających noc pod gołym niebem na pustyni Thar, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Pakistanem: jeśli jesteście w grupie i śpicie obok siebie jak śledzie- zawsze wybierajcie miejsce w środku! Bo po pierwsze primo- cieplej, a po drugie primo- jest szansa, że rano po przebudzeniu nie będziecie jedną wielką kupą piasku, jak ci „brzegowi”- to oni bowiem przyjmują na siebie podmuchy wiatru i piasek. Nie muszę chyba pisać, że dobrze wiedziałam, jak się ustawić (tzn. ułożyć;) ).
Ja chyba zacznę pisać „Piasek” z wielkiej litery- to już też nasz bliski kumpel. A jaki lojalny- nigdy nas nie opuszcza!
Nad ranem- zimno jest na pustyni Thar, kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Pakistanem. Moim „termometrem” jest krem „Bambino” w blaszanym pudełku. W ciągu dnia rozpuszcza się i rozkosznie sobie chlupocze pływając, a nad ranem- marznie na kość.
Wiatr wieje też czasem na tej pustyni. I turbany rozwiewa na głowie.

Zatrzymaliśmy się dziś „na popas” (Radźu i kumple muszą coś zjeść!) w opuszczonym forcie w wiosce Khaba.





Sterta kamieni na wzgórzu, u podnóża którego wyrasta z ziemi kilka domków bialutkich, malutkich. Pełno dzieciaków. Jak wszędzie. Jak wszędzie- bardzo ciekawskich… Rozdajemy długopisy- jak wszędzie:) „School pen, madam!”

„No worry, no hurry, no chicken curry! No ćapati, no ćaj, no woman, no cry!” podśpiewuje sobie wesoło Raman, nasz przewodnik. Coś w tym jest- ćapati nie było, herbatki też nie, już nie mówię o ciepłej kolacji.


Ognisko, które rozpalił Raman na piasku, zgasił deszcz…! Deszcz!! Cudowny deszcz!!! Ja za ten deszcz rezygnuję z kolacji! Ba! Ja rezygnuję ze wszystkich kolacji do końca roku! Za ten deszcz…
Chyba, wraz z mieszkańcami wioski, wymodliliśmy to oberwanie chmury – pierwszy deszcz od 10 miesięcy. Długo wyczekiwany. Było wspaniale…! Staliśmy bez ruchu, a po kilku dosłownie sekundach wszystko wyglądało tak, jakby zostało wyjęte z jeziora. Zrobiło się bardzo zimno. Do tego jeszcze zimny wiatr, na tyle silny, że strumienie wody smagały nas po całym ciele. Deszcz ochłodził wodę mineralną, którą mieliśmy w butelkach;)
Ja mam chyba szczęście do „wymadlania” deszczu (rok temu w Ghatach Zachodnich w Karnatace też się to udało- Agnieszce i mi;) ).

Czas spać…
Zachód słońca, my na wydmach, Hiszpanie dawno już w hotelu, Anglik narzeka, że nie smakowała mu kolacja (bo były banany i jabłka, a on chciał gotowany ryż…), wielbłądy szczęśliwe, pasą się…

Zmierzch? Tu nie ma czegoś takiego jak „zmierzch”. Nie istnieje. Mrok zapada w ciągu 30 sekund. Przed spaniem trzeba obejrzeć dokładnie okolice naszych „łóżek” (no pilnuję tego koca jak oka w głowie! Bardziej niż Radźu!:)). Trzeba sprawdzić, czy jakiś zagubiony w burzy piaskowej skorpion nie znalazł schronienia w naszym posłaniu. Drobny szczegół:)

Dzień trzeci:
Noc spędzona pod gołym niebem- zaryzykowaliśmy i dobrze zrobiliśmy. Raman się zna na rzeczy. A na pustyni Thar zna się na pewno:) Pokropiło w nocy tylko troszkę, ulewa się już nie powtórzyła, za to powietrze było czyste, chłodnawe i dało nam energię na następny dzień.

Wczoraj Anglik, narzekając na ból głowy odjechał w siną dal… Zostałyśmy my, Raman i nasz mały 10 letni przyjaciel- „półprzewodnik”;)


Gorąco… To tak jakby ktoś zapomniał, że włączył piekarnik… Czekamy aż wybuchnie… Siedzimy pod drzewem (co jakiś czas trzeba robić przystanki, bo inaczej nasze głowy eksplodują, a wielbłądy padną z nudów- ile można tak te turystki nosić…). Drzewo, pod którym rozbiliśmy obóz na chwilę, ma rozłożyste gałęzie, daje troszkę cienia.
Siedzimy, obserwujemy pasące się wielbłądy, słuchamy opowieści Ramana o życiu na pustyni…
W końcu nadeszła ta chwila- karawana musi ruszyć w dalszą drogę (powrotną już powolutku).
Jeszcze jeden postój- aby napoić wielbłądy. Przystajemy w malutkiej wiosce. Trzy domy na krzyż. „Domy” to brzmi dumnie;) To maleńkie lepianki. Wokół biegają krowy i kozy oraz psy chude jak szczapy. Biedne są tu psy. Przegania się je zewsząd, rzuca w nie kamieniami. Boją się ludzi i nie chcą uwierzyć, że mamy zamiar podzielić się z nimi resztkami z obiadu. Nieśmiało machają podkulonymi ogonami, jakby na próbę…
Raman przynosi sobie i nam… Coca-colę! To jest najprawdziwsza prawda! W Indiach może nie być prądu, wody, niczego może nie być, ale zimna coca – cola jest zawsze i wszędzie!;)
Mieszkańcy wioski przyglądają się nam dość „tępym wzrokiem”. Oglądają nas sobie jak w kinie – to coś do czego trzeba się w Indiach przyzwyczaić. Można nie reagować wcale i odwrócić się w drugą stronę, a można też tępym wzrokiem „odgapiać się” po prostu i już:)
Cała wioska się zebrała popatrzeć na naszą wielbłądzio-ludzką grupę. A kto mieszka w wiosce? Jedna kobieta w ciąży, z malutkim dzieckiem na rękach, młoda dziewczyna z drugim malutkim dzieckiem na rękach, młody chłopak, którego owa dziewczyna obdarza co chwila długim smętnym spojrzeniem (chociaż trochę jej w tym przeszkadza nasza obecność;) ), dwóch mężczyzn i dwóch staruszków w turbanach. Ot, cała wioska.
A! widziałam aparat telefoniczny. Ale podobno nie działa już od lat.
Kilka par oczu uważnie śledzi każdy nasz ruch...



Wielbłądy napełniają baki, my polewamy głowy wodą i ruszamy w drogę powrotną do Jaisalmeru…

Foto: Jaisalmer- Aga Drabent; Safari, pustynia i Radźu;)- zbiory prywatne autorki
.

poniedziałek, 17 maja 2010

Garam masala...., a może nawet z pamiętnika młodego indologa..., czyli dajcie mi się powymądrzać na temat jak przetrwać w Indiach

Ja się nie mogę z nimi dogadać!
No cóż, ja też czasami nie mogę;) Czasami nie mogę dogadać się z Hindusami. Ale to jest do przejścia, z tym da się żyć, uwierzcie mi:)
Mnóstwo razy już słyszałam od wielu osób (miłośników Indii, „nie-miłośników” Indii, indologów, nie-indologów…), że jesteśmy z dwóch różnych światów, że nie nadajemy na tych samych falach, że Hindusi irracjonalnie działają, że nielogicznie myślą…
Jesteśmy z dwóch światów. „Nasz” prze do przodu, „ich”- trwa. „Nasz” się rozwija, „ich” się cofa. „Nasz” sposób myślenia to ciąg przyczynowo – skutkowy , „indyjski” jest nielogiczny. I tak dalej, i tak dalej… Nie dogadamy się.

Czy na pewno?

Myślę sobie, że jest szansa. Zrozumienie tego „indyjskiego sposobu myślenia” jest być może przede wszystkim sprawą intuicyjną, ale można to sobie spróbować też wytłumaczyć. Z czegoś ta „inność” wynikać musi. To za chwilę.

Jeśli wybieramy się na subkontynent i jeśli zamierzamy spędzić tam „trochę” czasu (lub więcej niż „trochę”), to powinniśmy przyjąć do wiadomości pewne sprawy.
A! Zaznaczam, że to moje zdanie jest, ktoś może się nie zgodzić. Ma prawo pełne. I oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to wszystko działać musi w obie strony – idealnie byłoby gdyby te dwa światy akceptowały się nawzajem i rozumiały. Ale, jak wiadomo, ideałów nie ma. I dobrze, bo nie miałabym o czym pisać;)
Porównywanie „indyjskości” i „indyjskiego sposobu myślenia” ze światopoglądem Zachodu i ocenianie, co jest lepsze a co gorsze, jest błędem. Jest brnięciem w stereotypy. A te stereotypy już wymieniłam wcześniej:

Zarzucamy Hindusom (przez porównanie) niespójność i nielogiczność.
A przecież fakt, że pojmowanie rzeczywistości mamy nieco inne, nie znaczy, że w indyjskiej rzeczywistości brak jest rozwoju, zmian i porządku. Porządek jest, jeno inny! Bylibyśmy niesłychanymi egoistami i zarozumialcami, gdybyśmy twierdzili, że nasze poglądy są jedynynie słusznymi poglądami… A kto twierdzi, że logiki w myśleniu indyjskim brak, niech przebrnie przez gramatykę sanskrytu. Wszystko jej można zarzucić, jakby się uprzeć, ale nie brak logiki! To jest tak logiczne, że aż straszne:) dla wielu - wręcz niepojęte;)

Cóż jeszcze?

W jakimś artykule czytałam, że zarzucamy im też to, że nie mają „prawdziwej nauki” (cokolwiek to jest…, zachodzę w głowę…), „prawdziwej psychologii”, „prawdziwej socjologii”. Że mają tylko religię i wszystko z tego wychodzi, do tego wraca i wokół tego się kręci. Że duchowość dominuje nad rozumem. Że Hindusi to nie materialiści (dla jednych to zarzut, dla innych największy komplement jaki można sobie wyobrazić). Tylko medytują, lewitują, przez to „rozmodlenie” nie zwracają uwagi na świat materialny.
Hmm… nie jest tak! Nie, nie, i nie! Duchowość duchowością, ale nie przeszkadza to Hindusom w byciu „materialistami” pełną gębą;) „Materia”- wierzą w to;)

Można by tu zrobić wykład filozoficzny, ale zrezygnuję z niego raczej. Nie czuję się w tym zbyt mocna i za dużo by pisać;) U mnie zrozumienie tego, to też chyba bardziej intuicyjna sprawa… Uwierzcie mi po prostu na słowo.

Kolejna rzecz: Często słyszę, że Hindusi to hipokryci. Jedno mówią, drugie robią i nie widzą w tym, co najzabawniejsze, niczego złego. Dla nas – Europejczyków „nie kradnij”, to „nie kradnij” w żadnej sytuacji. Uogólnienia lubimy. A tam…? „Nie kradnij”, to niby faktycznie „nie kradnij”, ale może być wiele wyjątków od tej reguły. Może niekoniecznie uważam to za słuszne osobiście, ale pomyśleliście kiedyś, że taka „hipokryzja” (tak to roboczo sobie nazwijmy) może mieć jakieś swoje podłoże?
Poczytajcie „Manusmryti” – „Traktat o zacności”, zbiór praw Manu, ok. II w p.n.e. (przetłumaczony bardzo pięknie na język polski przez Prof. M. Krzysztofa Byrskiego, wydany jest przez PIW razem z „Traktatem o miłowaniu”, czyli „Kamasutrą”, może dlatego, by więcej ludzi go kupiło?;) ale zapewniam, że to właśnie „Manusmryti” jest traktatem ciekawszym!;) ). To zbiór reguł dobrego, zacnego postępowania. Czytamy tam na przykład, że za tę samą przewinę, różnym osobom pochodzącym z różnych środowisk i grup społecznych, zostanie wymierzona inna kara.

„(…) Dalej będę opowiadał
O sądzeniu za obrazę,
Której słowa są przyczyną.

Kiedy bramin obrażony
Jest przez kszatrję, to kszatryję
Trzeba karać stu ‘pan’ grzywną.
Wajśję zaś – stu pięćdziesięciu
Albo dwustu, a śudrzyna
Godzi się ukarać śmiercią.

Za obrazę kszatrji bramin
Ma być grzywną pięćdziesięciu
Ukarany, a dwudziestu
Pięciu – wajśji, wreszcie śudry
Karą dwunastu ‘pan’ jeno
(…)

Mądry król tak oto karze
Bramina oraz kszatryję:
Braminowi się należy
Najniższa z możliwych kara,
A kszatryji znowu średnia.”


[„Manusmryti, czyli Traktat o Zacności”; Manu Swajambhuwa; z sanskrytu przełożył Maria Krzysztof Byrski; PIW, Warszawa,1985]

To tylko fragmencik… Pamiętajmy, że tekst pochodzi z ok. II wieku p.n.e! Dziś kar w taki sposób się już nie wymierza oczywiście!

[Tak sobie czytam to „Manusmryti” i myślę, że częściej będę ten tekst cytować. Inne też. Bo ciekawe.]

Ale wróćmy do wątku głównego. Mocny to był przykład i w dzisiejszych Indiach już nie funkcjonuje takie prawo, powtarzam raz jeszcze, ale zasada jest podobna w sprawach dużo mniejszego kalibru.
Jak to zasłyszałam (chyba na indologii) i zapamiętałam (i już uznaję za swoją mądrość): mamy tu do czynienia z „dzieleniem odpowiedzialności” (nie mylić ze „zwalaniem odpowiedzialności”). To może być „podłożem historycznym” tej „hipokryzji”, o którą posądzamy Indusów.

Ja mieszkańców Indii nie bronię we wszystkim co mówią i robią. Absolutnie nie! To ludzie tacy jak wszyscy, i tak jak wszędzie, w wielu wypadkach, przyczyną nielogicznego działania może być najzwyklejsza w świecie głupota… Może, ale nie musi. Często widzimy coś czego nie rozumiemy, albo nie możemy czegoś Hindusowi wytłumaczyć, choć przecież wydaje nam się, że już wyraźniej, prościej i jaśniej mówić się nie da. Wtedy z rezygnacją stwierdzamy, że nic się z tym fantem nie da zrobić, że trzeba odpuścić. Czujemy się tacy „mądrzejsi” wtedy. To MY mówimy logicznie przecież i to ONI nas nie rozumieją. Tylko trzeba uważać, żeby nie zacząć traktować wszystkich z pobłażaniem… Można się czasem lekko ośmieszyć. Zna historia takie przypadki. Czasem my – przybysze – swoim zachowaniem, tym co mówimy, jak mówimy, o czym mówimy, i jak traktujemy swych rozmówców, sprawiamy, że Hindusom wydawać się może, iż „ludzie Zachodu” to ludzie niezbyt rozgarnięci:)

Ludzie są różni. I „tutaj” i „tam”. W „naszym świecie” i w „ich świecie”. I to wszystko to żadne moje wielkie odkrycie:) dowiecie się o tym na pierwszym (no, dobrze, może na drugim) wykładzie na indologii. Ale „odrobić zadanie domowe” każdy musi sam. Ja też musiałam…

Kiedyś podczas mojej pierwszej wizyty w Indiach, w 2003 roku (o, przepraszam, to nie była „wizyta”! to była „wyprawa naukowo – badawcza”!;) ), zapisywałam sobie różne rzeczy w notesach (kupiłam w Radźasthanie – takie same miał Indiana Jones! Przysięgam!;)), pisałam w mailach do rodziny moje refleksje i spostrzeżenia… Teraz pozbierałam wszystko do kupy i przeczytałam co nieco po raz kolejny… To bardzo ciekawa lektura, swoją drogą. Czytam sobie i myślę jakie etapy człowiek przechodzi w swojej podróży przez Indie (podróży, która trwa latami).

Oto co napisałam:
„Najbardziej na świecie wkurza mnie bezmyślność, ograniczenie umysłu, ograniczanie mojej wolności, głupota, wtykanie nosa w nie swoje sprawy, decydowanie za mnie i o mnie, gdy o to nie proszę, przeinaczanie moich słów! A Hindusi, jak się wydaje, wszystkie te rzeczy opanowali do perfekcji!”
Tak napisałam. Wstyd mi teraz…:) Ale pamiętam, że był taki czas i nie twierdzę, że ja zawsze wszystko wiedziałam/wiem i rozumiałam/rozumiem. O nie… jeszcze długa droga przede mną;)

Ludzie są różni. I „tutaj” i „tam”. W „naszym świecie” i w „ich świecie”. Denerwują mnie i Hindusi i Polacy, Amerykanie i Francuzi, a pewnie i Fin i Sudańczyk, gdybym tylko jakiegoś znała, zirytować by mnie też potrafił;)

Jedyne co możemy zrobić w tej sytuacji, to zaakceptować (moje ulubione słowo, powtarzane wielokrotnie przy różnych okazjach), przyjąć do wiadomości, że indyjski sposób myślenia idzie nieco inną drogą niż nasz. Gorszy na pewno nie jest. Ani lepszy. Jest inny. I tyle. Polegajmy też na intuicji. I to jest to moje „odrobione zadanie domowe”.

niedziela, 16 maja 2010

Taneczne Indyjskie Inspiracje...

Wszystkim, którzy wczoraj razem z nami smakowali i delektowali się aromatami indyjskich przypraw- dziękuję:)
Mam nadzieję, że wkrótce będę mogła zamieścić fragmenty nagrania z występu, a póki co, to:

"Charishnu"
muzyka: Madhup Mudgal
choreografia i wykonanie: Marta Krzemień- Ojak, Alicja Kaczorek, Klara Wojciechowska, Aleksandra Michalska-Singh
operator: Michał Drzewiecki
montaż: Dawid Kowalewicz

sobota, 1 maja 2010

Witam świątecznie. Uwaga, będzie reklama....;)

Smak, esencja, zapach, aromat, lekarstwo, afrodyzjak, inspiracja...
Wanilia, imbir, pieprz, kurkuma, goździki, kardamon, masala...
Alchemia smaków, poezja aromatów...
Ciężkie, korzenne, lekkie, ulotne, delikatne...

Wyjeżdżamy do Indii w poszukiwaniu smaku i inspiracji. Zbieramy wszystkie te przyprawy, smaczki i aromaty, odnajdując coś za każdym razem... Szukamy rozmaitości i nowości, ale z nieustającym zachwytem delektujemy się tradycyjnymi kombinacjami smaków.
Wracamy tutaj i z zapałem odtwarzamy esencje i aromaty, eksperymentujemy na ich bazie i "oswajamy" je. Egzotyczne przyprawy stają się bliskie, znane...
Dla prawdziwych smakoszy przyprawy nie są tylko dodatkiem do potrawy. To one wysubtelniają smaki, nadają kolorytu, leczą, pobudzają zmysły, wydobywają głębię smaku.

Smak mojemu życiu nadaje taniec...

Prawdziwych smakoszy zapraszam do degustacji już 15 maja o godz. 18:00...



Teatr Tańca Nataraja zaprasza na "InDyjskieSpiracje". Rozpoczniemy od
starożytnych, klasycznych tańców bharatanatyam i odissi by poprzez
semi-klasyczny taniec fusion dotrzeć do współczesnego, barwnego i filmowego bollywood.

Gościem honorowym wydarzenia będzie Jego Ekscelencja pan Deepak Vohra,
Ambasador Indii w Polsce.


Przewodniczkami po tanecznym świecie Indii będą... aromatyczne przyprawy;) oraz solistki Teatru Tańca Nataraja, których wieloletnie doświadczenie i pasja w zgłębianiu zarówno bogatej tradycji jak i współczesnych interpretacji tańca,zaowocowały pięknymi choreografiami.

Tańcom będzie towarzyszyć pokaz slajdów autorstwa Aleksandry Michalskiej-Singh, która dzieli swoje życie pomiędzy Polskę i Indie będąc uważnym obserwatorem tych odmiennych kultur.

Wykonawcy:
Aleksandra Michalska- Singh - indolog, tancerka, instruktorka,
choreograf, podróżniczka, stypendystka ICCR.
Alicja Kaczorek- tancerka, choreograf (autorka współczesnych
interpretacji tańca klasycznego), instruktorka
Marta Krzemień-Ojak - tancerka bharatanatyam, instruktorka, choreograf
Klara Wojciechowska - tancerka tańca współczesnego, instruktorka, choreograf

Data: 15 maja 2010
Godzina rozpoczęcia: 18:00
Miejsce: Ośrodek Kultury Forma, ul. Żuławskiego 4/6, Warszawa
(przystanek Maklakiewicza bądź Zajezdnia Woronicza, autobusy 107, 182, 218)
Wstęp: 10 zł

niedziela, 25 kwietnia 2010

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.


Zasiadłam sobie dziś do pisania bloga... I na tym się skończyło. Że zasiadłam. Plany miałam wielkie: napiszę o jakimś pięknym miejscu, które odwiedziłam w Indiach. Tylko o którym...? Widziałam ułamek tego ogromu, niewielką część, byłam w ledwie11 stanach (z ilu to teraz...? z 28) i jednym 'terytorium związkowym';) (z 7).
Niewiele. A jednak to całe mnóstwo. Żeby to wszystko zobaczyć (nie tylko z okien autobusu czy pociągu), musiałam wyjechać trzy razy w kilkumiesięczne podróże. Trzyletniego pobytu na stypendium nie liczę, bo nie służył on raczej wielkim wycieczkom krajoznawczym. Siedziałam w Delhi, chodziłam na zajęcia, próby i występy, 6 dni w tygodniu, a jeśli chciałam nos z domu wyściubić chociażby na jednodniowy 'wypad za miasto', musiałam się zwracać do mojej guru z prośbą o pozwolenie na wyjazd. Podanie musiałam składać. Dobrze, że nie pisemne pozwolenie od rodziców ze zdjęciem paszportowym... Zakładając nawet, że podanie zostało przychylnie rozpatrzone, "mankamentem" były odległości... Przy jednym czy nawet dwóch dniach wolnych od pracy, można było się co najwyżej wybrać na piknik do ogrodów Lodi w Delhi. Ewentualnie na jednodniową wyciezkę do Agry. No ale ileż można jeździć do Agry...?
W niektóre rejony Indii nawet się nie zagłębiłam. Życia nie starczy... Czasu jest tak mało.

Zasiadłam sobie dziś do pisania bloga... I na tym mogłoby się skończyć, że zasiadłam. Ale trochę byłoby mi głupio, coś napisać trzeba. Żeby mi nie było smutno, że tak mało widziałam, zrobiłam sobie (i Wam) listę miejsc, które odwiedziłam (pisownia angielska, nie spolszczona tym razem. jakieś urozmaicenie wprowadzę, żeby dzień nudny nie był). Postaram się sukcesywnie, co jakiś czas o tych miejscach pisać. Może macie jakieś typy?

* Delhi
* Punjab: Amritsar
* Himachal Pradesh: Shimla, Kasauli
* Uttar Pradesh: Agra, Lucknow, Varanasi
* Uttarkhand (jak ja tam bylam, to byl to jeszcze Uttaranchal): Dehra Dun, Mussoorie, Rishikesh, Kempty Falls
* Orissa: Bhubaneshwar, Puri, Konark, Ragurajpur, Udayagiri&Khandagiri, Dhauli
* Rajasthan: Jaipur, Jodhpur, Udaipur, Eklingji, Delwara, Bikaner, Deshnok, Jaisalmer (+pustynia...)
* Madhya Pradesh: Bhopal, Sanchi, Vidisha, Udaigiri
* Goa: Madgaon
* Karnataka: Bangalore, Jog Falls, Gokarna, Karwar, Kollur, Byndoor, Kodachudri, "gdzieś-w-górach-nikt-nie-wie-gdzie..."
* Kerala: Tiruvananthapuram, Kovalam, Kollam, Alapuzha, Munnar
* Tamilnadu: Chennai, Pichavara, Mahaballipuram, Kanchipuram, Chidambaram, Kumbakonam, Tanjavur, Tiruchirapalli, Kodai Kanal, Madurai.

I kilka wiosek bez nazw...

Wiele z tych miejsc nigdy nie znajdzie się w ofertach biur podróży. A szkoda...

Mapka: www.phawker.com

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Prywata po raz pierwszy i ostatni.



„Wyszłam za mąż, zaraz wracam… Wyszłam za mąż niedaleko...”
Wyszłam i zaraz wróciłam – dokładnie po dwóch dniach. Na Prima Aprilis.
Z tym wracaniem, to trochę się teraz pokomplikowało. Trudno tak dokładnie powiedzieć, kiedy wyjeżdżam, a kiedy wracam. Dawniej wyjeżdżałam z Polski i tu wracałam. Teraz to jednak nie będę wracać TU, lecz STĄD. Nie… może raczej będę wracać TU i wracać TAM… Widać Einstein miał rację. Wszystko jest względne.

Wyszłam niedaleko. Jakieś cztery i pół godzinki. A w lato tylko trzy i pół. Niestety nie na piechotę spacerkiem… Taka jest różnica stref czasowych. Ale przy dzisiejszej technice i otwartości, Świat skurczył się tak jak koszula w praniu i można sobie fruwać.
Więc fruwam.

Uginając się pod naporem wniosków, podań, próśb i pytań: „Kiedy? Gdzie? Z kim? Dlaczego?” , postanowiłam wyjawić „długo skrywany sekret”… Zaczynamy:

Kiedy? 30 marca br.
Gdzie? W New Delhi.
Z kim? To też już wiadomo. Jego nazwisko dopisane jest przecież do mojego :)
Dlaczego? …

Tu chyba powinna nastąpić dłuższa opowieść o emocjach, uczuciach i tak dalej… Ale nie nastąpi:)
Teraz przeszła już moda na „Wichrowe Wzgórza”, kto to będzie czytał w dzisiejszych czasach?;)
Wyszłam za mąż – to raz. Wyszłam jednak daleko – to dwa. Raz i dwa to trzy, a trzy oznacza przecież tajemnicę…
Dlaczego więc?
Niech więc będzie, że… dla nazwiska:) Wszak możliwość pochwalenia się podwójnym nazwiskiem to jest COŚ. Jak to mówi jedna z bardzo mądrych tancerek (niejaka Marta K-O): „podwójne nazwiska rules!”.
Może to najzwyczajniej w świecie prosta kalkulacja: piszę o Indiach, czyż nie tak? Chcę, by ceniono mnie jako eksperta i osobę kompetentną, czyż nie tak? Jestem oczywiście w pełni świadoma swojej wszechstronnej wiedzy, kompetencji i wyjątkowego znawstwa tematu (a przy okazji także wrodzonej skromności), ale zawsze takie indyjskie nazwisko, dopisane do polskiego, dodaje animuszu i nutki tajemniczości. Powagi dodaje też. I respekt wzbudza. Ot co!
A żona z zagranicy – też fajna sprawa. W środowisku aktorskim, w jakim obraca się mój szanowny małżonek, jest cień szansy, że mąż zagranicznej żony będzie uważany za bardziej światowego. Wyższe notowania. Dla młodego aktora to ważne. Trzeba dbać o wizerunek. Teraz w modzie jest głośno mówić o tradycji, o więzach rodzinnych i czystym hinduskim pochodzeniu, ale pokazać się z „egzotyczną” babką nie zaszkodzi ;)



No. To tyle. I tego się trzymajmy. Choćby nie wiem co!
A że jakaś miłość, wspólne plany, „porozumienie dusz”, nadawanie na tych samych falach, wspólne zainteresowania… - kto to kupi? To się nie sprzeda!;)

I jak? Zagadka wyjaśniona? No to czekam na gratulacje! :)

poniedziałek, 12 kwietnia 2010

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.

"...ja nie mam co na siebie włożyć...!"
Dwie 15 kilogramowe paczki leciały z Indii do Polski dwa tygodnie. To nawet niedługo. A w paczkach…- sari, salwar kamizy, chusty, biżuteria…, czego tam nie było! Aż się bałam, że na granicy zatrzymają. Ale nie.
30 kilogramów „życzeń” z Indii. Spełniam marzenia, Święty Mikołaj się chowa!:)
Obowiązkowo przed każdym wyjazdem do Indii krąży wśród znajomych „lista społeczna”. Na nią wpisujemy życzenia. „Jeśli zmieści ci się do plecaka, przywieź mi jakieś ładne sari”.
Pamiętajcie! „Jakieś sari”, „jakaś kurta”, „jakieś spodnie”- to nie jest dla Was, kupujących, żadna konkretna informacja. Nawet „żółte sari”, „bawełniana kurta” czy „szerokie spodnie”- to też jeszcze nic konkretnego. W Indiach znajdziecie dziesiątki odcieni każdego koloru, dziesiątki rodzajów materiałów, wzorów, krojów, detali… Dlatego cenna jest dla Was każda dodatkowa informacja. Na liście życzeń, którą przygotowali znajomi, były już takie perełki jak „spodnie z 9 zaszewkami po zewnętrznej stronie nogawki”, „sari w kolorze młodego zielonego ryżu w Kerali”, „tunika w kolorze sorbetu cytrynowego, byle nie kanarka!”. To dopiero są konkrety!:)
Parę cennych informacji:
Mamy kilka rodzajów spodni. Najpopularniejsze są SALWARY (często nazwę tę stosuje się ogólnie mówiąc o spodniach w dowolnym kroju). Salwary to spodnie wiązane w pasie sznurkiem, bardzo szerokie w biodrach, z szerokimi nogawkami (zakończonymi ‘mankietem’, leciutko zwężają się ku dołowi). Rozmiar zazwyczaj uniwersalny, chociaż mogą się czasem różnić długością nogawek.

Dziewczynki na zajęciach bharatanatyam. Tańczą w salwarach. Dupattę (chustę) zawiązuje się w taki sposób na lekcjach tańca lub do jakiej pracy fizycznej- na ulicę raczej tak nie wychodźcie;)

Szersze od salwarów są PATIALE. Spodnie typu „patiala” (styl ten wywodzi się z Pendżabu, ale popularny jest wszędzie w Indiach, szczególnie północnych), mają nieco dłuższe nogawki. Moda taka, by je przydeptywać piętą (przy oczywistym założeniu, że w Indiach nosi się klapki), wtedy zbyt długie nogawki wchodzą między pięty a klapki. Patiale są dużo szersze od salwarów; nogawki wyglądają jak dwa szerokie wory. Jeśli są dobrze uszyte (nie każdy rodzaj materiału się do tego nadaje!) wyglądają, moim zdaniem, świetnie. Zaszewki i plisy dobrze wykonane pozwalają fałdom materiału ułożyć się ładnie na nogach.

Foto: www.muteyaar.com

Jeśli mogę coś doradzić: z takimi spodniami bardzo dobrze komponuje się dopasowana do ciała tunika, nie za długa, wystarczy do kolan.

Jeśli dla kogoś salwary są zbyt ‘wąskie’, a patiale za wielkie – ktoś Indiach wpadł na świetny pomysł (jak to zwykle w Indiach bywa;)) i wymyślił twór o nazwie „semi – patiala”:)

Trzeci podstawowy rodzaj ‘spodzienia’ to ĆURIDARY. Ćuridary śmiesznie wyglądają gdy się je ogląda ‘na sucho’, bez nóg w środku;), co sprawia że „laicy” (jeśli chodzi o modę w Indiach) odrzucają je z dezaprobatą. Błąd! Ćuridary to takie spodnie, z których wszyscy się śmieją, bo nogawki mają wąziutkie i długie (trzeba by mieć jakieś 150 cm samych nóg), w pasie wiązane są na sznurek (jak wszystkie rodzaje spodni, o których tu piszę, mają zaszewki, plisy i fałdy materiału na biodrach, tak jak salwary czy patiale. Jak się je nosi? Normalnie;) Całe nogawki należy naciągnąć na nogi, a nadmiar materiału zmarszczyć na kostce i łydce. Ot, cała filozofia.

Foto: www.fabindia.com

No i tyle o spodniach. A! Są jeszcze tzw. „afgani” (ale jak sama nazwa wskazuję, to pomysł raczej z importu jest;)). Spodnie typu ‘afgani’ są nieco węższe w biodrach (ale nie łudźcie się, nie za bardzo!), mają trochę inaczej uszyte nogawki- też bardzo szerokie, ale mankiet na dole jest węższy niż w salwarach czy patialach.

Teraz w Delhi modne są też kolorowe, bawełniane, obcisłe getry… hmm….
Uff… Wystarczy? Musi wystarczyć na razie.

Przechodzimy dalej. Kurta. Inaczej „kamiz”. Czyli tunika. Tutaj panuje jeszcze większa dowolność. Moda zmienia się co chwila.
Najogólniej rzecz biorąc, kurty różnią się od siebie. Po pierwsze: długością. Są kurty długie- do połowy łydki, są krótsze – do kolan, są jeszcze krótsze – do połowy uda, lub tzw „kurti”- jak bluzki . Po drugie, kurty różnią się długością rękawów. Uwaga! Zimą (czyli w Delhi na przykład mniej więcej od grudnia do lutego), sprzedaje się więcej kurt zimowych, czyli z rękawem długim lub ¾. Letnie kurty mają krótki rękaw, lub nie mają go wcale (a to oznacza odkryte ramiona! Ach! Dla odważnych!;) ). Kurty uszyte są z przeróżnych materiałów, mają miliony wzorów kołnierzyków, wycięć na plecach, wzorów dekoltów, zdobień, haftów, nadruków, kolorów i czego tylko dusza zapragnie. Informacja ważna, nie każdy o tym wie: kurty mają rozmiary! Wcale nie jesteśmy skazani na coś co wygląda jak worek na kartofle! Warto wiedzieć, że przy większości sklepów czy straganów z ubraniami, istnieje możliwość dopasowania ubrań. Możemy zwęzić, poszerzyć, doszyć rękawy lub je obciąć. Często nawet bez dodatkowej opłaty.

Dopełnieniem całości jest tzw. DUPATTA, inaczej ćuni. To dość spora chusta, szal, z bawełny lub innego materiału, czasem lekkiego i zwiewnego, czasem ciężkiego, bogato wyszywanego. Może być gładka, prosta lub bardzo ozdobna. Wszelkie kombinacje i możliwości, wzory, kolory, materiały- dozwolone. Zimą dupattę może zastąpić cieplejszy, wełniany na przykład, szal. Ktoś kiedyś zapytał mnie, jak w 45 stopniowym upale czuje się kobieta ubrana w długie, szerokie spodnie, tunikę za kolana i szal na szyi… Otóż – czuje się świetnie!:) Pod warunkiem, że ubranie uszyte jest z bawełny lub innego, wygodnego, przepuszczającego powietrze materiału. To jest naprawdę dobrze pomyślane. Gdyby nie było wygodnie, Hinduski wymyśliłyby sobie coś innego. A „szalik”? Świetny wynalazek! Idealnie się sprawdza: w chłodniejsze dni – można zarzucić sobie na ramiona, a latem – jest czym ochronić głowę przed słońcem lub obetrzeć pot z twarzy;)

To tyle. Informacje przydatne, przy założeniu, że kupujemy sobie każdą część garderoby oddzielnie i sami kompletujemy własne zestawy. Inna opcja to kupienie gotowego zestawu. Tutaj wszystko do siebie pasuje, ma jakiś wzór, motyw przewodni pojawiający się na każdej z części ubioru. Zestaw zwie się „salwar kurta”, „salwar kamiz”, bądź z angielska po prostu „suit”. Używamy tu ogólnej nazwy spodni „salwar”, więc należałoby jednak dodatkowo sprecyzować o jakie spodnie nam chodzi w tym zestawie.

Jeśli nie uda nam się skompletować zestawu z osobnych jego części i nie znajdziemy „gotowca”, wówczas warto skorzystać z opcji nr 3. Mianowicie- kupić sobie materiał i uszyć strój na miarę. Kupujemy znowu: albo ‘zestaw’ (wtedy materiał na spodnie, kurtę i dupattę jest tak pomyślany, by wszystko do siebie pasowało), albo gdy nie chcemy by ktoś narzucał nam swą wizję artystyczną- sami wybieramy sobie materiały. Oferta, jak zwykle, przeogromna.
Idziemy do krawca, ten bierze z nas miarę, zapisuje sobie na świstku papieru nasze wymiary (w calach, nie w centymetrach), rzuca gdzieś na bok materiał, który przyniesiemy i mówi „proszę przyjść jutro”. Czasem wręcza nam jakiś inny świstek papieru, ‘potwierdzenie złożenia zamówienia’, a czasem nie. Przychodzimy „jutro”, a krawiec nie pytając o nic wyciąga ze spodu stosu ubrań nasze zamówienie. Niemożliwe? A właśnie, że możliwe:)



Tyle o spodniach, tunikach i innych takich.
A jaki jest najpiękniejszy i najbardziej zmysłowy kobiecy strój? Bez dwóch zdań: sari.


Długi pas materiału umiejętnie udrapowany na ciele (w różny sposób, w zależności od regionu Indii), wygląda nader elegancko.




Wybór jest, nie muszę chyba przekonywać, ogromny. Nieskończona ilość kolorów, haftów, tkanin, materiały wyszywane złotymi nićmi i drogimi kamieniami, zwykłe proste nadruki i subtelne wzory i lamówki- każdy znajdzie coś dla siebie. Sari jest świetnym strojem dla kobiet, które ponoć są jak księżyc – raz bardziej, raz mniej okrągłe;) Sari nie ma rozmiaru (chociaż czasem pasy materiału bywają szersze; wyższe osoby mogą na to zwrócić uwagę). Niektóre sari mają już w sobie dodatkowy 1 metr materiału na bluzkę. Koniecznie pytamy o to w sklepie! Jeśli nie ma materiału, należy sobie dokupić. 1 metr wystarczy. Bluzkę szyjemy na miarę u krawca.


Sari po praniu należy wysuszyć- najlepiej powiesić na balkonie;)

Koniecznie pamiętajcie o halce pod sari!!! Najlepiej w tym samym kolorze. Nic smutniejszego (a dla Hindusów nic śmieszniejszego, a nawet gorszącego!) niż gołe nogi pod sari, które zaczepione jest o zawiązany w pasie sznurek…! Jeśli chcemy się w sari ubrać, lepiej wiedzieć jak! I jeszcze jedna rada: widziałam w Indiach wielokrotnie, turystki chodzące sobie po ulicach ubrane tylko w halkę i krótką bluzkę (ćoli) do sari. Ja rozumiem, że taka kolorowa bawełniana halka może robić za świetną spódnicę, ale na pewno nie w Indiach! To tak jak byśmy wyszły na ulicę w bieliźnie…
Co jeszcze chcecie wiedzieć o ubraniach?:)

Foto: zbiory prywatne autorki

niedziela, 4 kwietnia 2010

Wesołych Świąt!

Z Indii przez Finlandię do Polski...
W Delhi 38 stopni ciepła, w Helsinkach...- nawet boję się pomyleć! A w Warszawie? W Warszawie niby słońce, ale już 200 km od stolicy- śnieg...
Mężnie to znoszę, szaliki i rękawiczki z szafy wyciągam, witam wszystkich serdecznie na ojczystej ziemi i życzę pięknych, spokojnych, zdrowych i jakich tylko sobie życzycie, Świąt Wielkanocnych!

Pozdrawiam:)
Aleksandra Michalska-Singh

sobota, 20 marca 2010

Pocztowki z Indii...

Dopadl Cie maly glod? Jest na to rada, wpadnij do Indii.

Jak zaspokoic maly glod za "male pieniadze"? Mieliscie kiedys ochote na jedno ciastko, kilka orzeszkow, pol szklanki soku, kawalek ogorka, dwa ziemniaki, a musieliscie z tego tytulu kupowac cala paczke ciastek, kilogram ogorkow i karton soku?
Zapomnijcie o tym - wpadnijcie do Indii:)
Wpadnijcie do Indii i odwiedzcie pierwszy lepszy przydrozny sklepik. W duzych slojach spokojnie sobie leza i czekaja na nas ciastka - do wyboru, do koloru - jedno za 2 rupie. Herbaty mozna sie czasem tez napic w takim sklepiku (goracej, przygotowanej na poczekaniu, w wielkim "przedpotopowym" czajniku:) ). A jesli nie odpowiada nam 'sklepik' (zadaszone to-to jest, to juz luksus za duzy moze dla nas, "prawdziwych poszukiwaczywrazen;) ), zatrzymajmy sie na srodku chodnika i rozejrzyjmy wokol siebie... Jesli w poblizu kamien lezy na kamieniu, a obok spoczywa wiekszych rozmiarow cegla, oznacza to, ze znalezlismy to czego szukamy. Jest to bowiem idealne miejsce by napic sie herbaty (a czasem przegryzc jakims ciasteczkiem, wyjetym z paczki ciasteczek, sprzedawanym na sztuki). Na kamieniach stawia sie czajnik, albo garnek do gotwania mleka i wody, a cegla to wymarzony stolik pod rozne sloiczki i torebki z herbata, cukrem i przyprawami. Wlasciciel "herbaciarni" albo juz na nas czeka, albo zaraz sie pojawi. Czasem trzeba troszke zaczekac az oddala sie na bezpieczna odleglosc policjanci patrolujacy czasem chodniki w poszukiwaniu nielegalnych "restauracji" i "herbaciarni" (tych w stylu 'kamien-na-kamieniu-a-obok-cegla':)).

A! o tych ogorkach, wspomnianych wczesniej, slowko jeszcze. Otoz na tym samym chodniku siedziec moze sobie pan lub pani, sprzedajaca przysmak nad przysmaki: przekrojony na pol swiezy ogorek, posypany masala (wszelkimi mozliwymi przyprawami) i pokropiony cytryna. Jesli nie ogorek (naprawde wysmienity, orzezwiajacy w letnie upaly), to moze kolba kukurydzy? (polecam zima). Kukurydza podpieczona na ogniu (ognisko skonstruowane na chodniku, moze byc obok ogorkow, nie zaszkodzi ani ogorkom, ani kukurydzy:) ).



Coz jeszcze w sprzedazy detalicznej? Na przyklad papieros. Sztuk jedna. Nie popieram nalogu, absolutnie! Nie palcie! Palacze zle koncza! Bierni tez! Ot co! Ale faktem jest, ze w 'sklepikach' i na wszelkich stoiskach (tych 'kamien-na-kamieniu-...'), mozna sobie zazyczyc papierosa. Jedna sztuke. 5 rupii.

Wrocmy do milszego i zdrowszego tematu;)... Jak sie nie najemy tym jednym ciastkiem i polowa ogorka, mozemy zdecydowac sie na cos "konkretniejszego". Na przyklad na samose, salatke owocowa pokrojona na poczekaniu, w 30 sekund, kawalki warzyw zapiekane w ciescie (tzw. pakora), smazone ziemniaki - taki tutejszy fast food. Jesli na wynos (a najczesciej tak wlasnie jest), zawija sie jedzonko w kawalki wczorajszej gazety... (jesli ktos nie doczytal lub malo poinformowany jest o tym co w swiecie sie dzieje, moze przy okazji jedzenia, dowie sie czegos ciekawego).

Jedzenie trzeba czyms popic...

Najlepiej sokiem ze swiezych owocow, owocowym "jogurtem" (lassi sie zwie - chociaz pisowni tego wyrazu widzialam juz wiele: lussi, lussie, lassi, lessi, lassie... kazda kombinacja dozwolona:) )

Skoro o pisowni mowa, prosze rzucic okiem... (szczegolnie na "kanapki";) )






Mozna tez zafundowac sobie sok z kokosa lub trzciny cukrowej, nimbu pani (czyli wode z cytryna), albo nimbu sode (czyli gazowana wode z cytryna).







Jesli chodzi o soki i cytrynowa wode, jest taki maly "haczyk"... - najczesciej wersja "standardowa" zawiera, oprocz wody i owocow, jeszcze cukier, sol i masale. Kto nie lubi - niech krzyczy! zanim dostanie szklanke do reki!.

Jak to mawial Kubus Puchatek: "Myslalem, ze ta odrobinka bedzie troszke wieksza...". Na wiekszy glod tez cos sie znajdzie- o tym za jakis czas.

sobota, 13 marca 2010

Pocztowki z Indii...

"Jak sie jest dzieckiem, to zeby byc kims, musi byc nas kilku..." (Momo; "Zycie przed soba" Emile Ajar)







Autorem tych pieknych zdjec jest moj znajomy Harendra Singh. Obiecuje wkrotce powiekszyc te obrazy. Za jakis czas zamieszcze kolejne. Warto na nie zwrocic uwage...!

.

Pocztowki z Indii...

Cytat na dzis (z "Autobiografii jogina"):
"Rozpalona wyobraznia indyjska, ktora potrafi wydobyc nowy porzadek z masy na pozor sprzecznych faktow, jest kontrolowana przez nawyk koncentracji. To ograniczenie swobody daje sile potrzebna do tego, by umysl dazyl do prawdy z nieskonczona cierpliwoscia (...) Czyz "cierpliwosc" nie jest zaiste synonimem Indii, co wprawia w zaklopotanie zarowno historykow jak i sam Czas?"

piątek, 5 marca 2010

Pocztowki z Indii...



Na chhau... (nie mam polskich literek, przepraszam- "chhau" bedzie wiec w pisownie angielskiej.

Zle wykonane skoki i obroty cierpliwie poprawia. Dokladnie tlumaczy kazdy ruch, daje czas na zrozumienie i skorygowanie postawy ciala. Zawsze ma na podoredziu jakas ciekawa historie, opowiesc z mitologii indyjskiej, tlumaczaca pochodzenie danego ruchu, czy choreografii. Spotyka swoich kilku uczniow codziennie, przyglada sie ich postepom. Kiedys, jesli wytrwaja, opanuja tajniki tej sztuki "taneczno - walecznej" na tyle, by wystepowac.

Guru Shashadhar Acharya - nasz nauczyciel chhau.

" Nie zniechecaj sie. Przez pierwszych kilka miesiecy bedziesz cwiczyc tylko podstawy, nauczysz sie szeregu cwiczen, ktore odpowiednio przygotuja twoje cialo. Ono musi zrozumiec ruch, musi cie sluchac. Kazdy taniec ma swoja mocna strone. Nasza mocna strona jest cialo wycwiczone w kazdym najmniejszym ruchu palca, szyi, glowy. Emocje wyrazamy tymi subtelnymi ruchami. Nie ma innej mozliwosci. To jest chhau, masz maske na twarzy - nikt nie dojrzy blysku w twoich oczach, usmiechu. Tylko twoje cialo sie liczy. Duzo cwicz. Cwicz codziennie. Poczekaj az bedziesz gotowy. Taniec przyjdzie pozniej. Sam do ciebie przyjdzie."

Guru ma cierpliwosc. Uczniowie nie zawsze... Zaczelam zajecia kilka lat temu i teraz, bedac znowu w Indiach, widze te sama, mala garstke zaawansowanych tancerzy, co przed kilkoma laty. Nikt nie dolaczyl do zaawansowanej, wystepujacej grupy.

Trening jest wymagajacy fizycznie. Do tanca potrzeba sily, skocznosci, sprawnego, dobrze rozciagnietego ciala. Dopiero gdy odkryjemy istnienie miesni, o ktorych do tej pory nie mielismy pojecia (a odkryjemy je juz po pierwszych zajeciach, gwarantuje, gdy nie damy rady podniesc sie z lozka lub zejsc po schodach;) ), dopiero gdy cialo zacznie nas sluchac, gdy rece, palce, nogi, glowa, szyja, tulow, biodra i cala reszta, zacznie poruszac sie w skoordynowany sposob - rozpoczniemy nauke choreografii.






Guru ma cierpliwosc. Mily jest. Do rany przyloz... Ale za "brak pracy domowej", czyli nienauczony na pamiec fragment nowej choreografii, potrafi rzucic w nieprzygotowanego, zaskoczonego delikwenta, czyms co tylko ma pod reka (zazwyczaj jest to drewniany kijek do wybijania rytmu). Potrafi tez wyrzucic za drzwi. "Wrocisz, jak sie nauczysz!".
Znam takich, ktorzy nie wrocili. Z tych, czy innych przyczyn.

"Trudno. To jest ryzyko, z ktorym musze sie liczyc. Moi studenci sa ze mna. Traktuje ich jak swoje dzieci. Ale to ja decyduje czego ich nauczych, kiedy uczyc i jak. Ucze ich nie tylko sztuki tanecznej. Chce im takze przekazac ducha chhau, ducha tradycji, kultury z ktorej chhau sie wywodzi. To wymaga czasu. I cierpliwosci. Nie wszyscy maja w sobie tyle zapalu i pokory jednoczesnie, by odnalezc sie w 'systemie', ktory proponue. W moim sposobie nauczania. Dla mnie nie licza sie zadne kursy zakonczone dyplomami i tytulami. To nie jest niekomu do niczego potrzebne i niczego nie dowodzi. Sztuka taneczna rzadzi sie swoimi wlasnymi prawami. 'Guru - uczen'. To jedyny sluszny system nauczania. Guru przekazuje uczniowi wszystko co wie o danej sztuce. Guru daje uczniowi chhau. Daje mu siebie. Daje mu swoj zapal i pasje. I daje mu swoje blogoslawienstwo. Uczen przyjmuje o wszystko z wdziecznoscia i daje w zamian calego siebie, swoj zapal i swoja pasje. Daje sie ksztaltowac nauczycielowi. Tak osiaga sie mistrzostwo."







Guru, zajety jest licznymi warsztatami, wystepami i zajeciami. Z tego zyje. Tylko z tego. I tylko dla "tego".

"Chhau to jedyna rzecz, ktora chce sie zajmowac. Jedyna rzecz ktora moge i powinienem sie zajmowac. Jestem odpowiedzialny za chhau. Moj ojciec byl nauczycielem, jego ojciec rowniez, podobnie jak ojciec jego ojca. Moja rodzina zajmuje sie chhau od pokolen. Ja i moi trzej bracia jestesmy piatym pokoleniem. To moje zycie. Moja odpowiedzialnosc. Dzis niewiele jest osob, ktore decyduja sie poswiecic i podporzadkowac swoje zycie sztuce tanecznej. Przede wszystkim dlatego, ze wydaje sie, iz nie przynosi to wielkich korzysci materialnych, o ktorych ludzie tak marza... Dla mnie nie to jest najwazniejsze. Czy zarobie 200 tysiecy rupii, 20, czy 2 rupie - nie moge zostawic tej sztuki...".

Guru pochodzi z bardzo tradycyjnej, hinduskiej rodziny. Wiekszosc osob zaskoczona jest wiec faktem, ze ma zone chrzescijanke, i .... nie jest wegetarianinem;)
"Jestem absolutnie, w stu procentach, miesozerca! Jak mam miec sile do tanca, jesli bede jadl same liscie?:) )

Jego kasta? Gotra? Religia?
"Jest tylko jedna kasta i jedna religia: taniec".

Foto: zajecia chhau; Guru Shashadhar Acharya, Pulkit Gupta, Govind Mahato i Amit Saxena