piątek, 24 września 2010

Artykul o Commonweath Games na wiadomosci.24

Reklama;) auto;)
Wiecej o igrzyskach na:

(link sie otworzy po kliknieciu na tytul)

A oto kilka fotek. Zdjecia zrobilam w lipcu. Teraz wszystko wyglada troszeczke lepiej (niewiele lepiej;) ). Ale przeciez do igrzysk jeszcze az 8 dni! Sie zrobi!:)


Obiekty treningowe i swiatynia Akshardham w tle.

A my sie boimy, ze nie zdazymy na Euro 2012;)


Siri Fort- praca wre!

Prace "wykonczeniowe" przy Siri Fort

Pocztowki z indii...

Niusy z Indii...

Ganapati zniknal w wodach Yamuny. Po nim kolejny, i kolejny... Wierni tancza, ciesza sie, graja na bebnach i zatapiaja wielkie kolorowe posagi Ganesi. Dobiegl konca 11 dniowy czas swieta tego slonioglowego bostwa.

Woda zabrala nie tylko Ganapatiego, ale tez spora czesc polnocnych Indii- w stanach Uttar Prades, Uttarkhand i Bihar. Wody kilku rzek w wielu miejscach przekroczyly stan alarmowy, pozbawiajac ludzi dachow nad glowa, zalewajac setki wiosek, zmuszajac setki tysiecy osob do ewakuacji.

Poziom wody w Yamunie, w Delhi i okolicach stale rosnie. Trwa ewakuacja niektorych terenow.

I wciaz pada. Takiego deszczu i takiego poziomu wody w rzece, stolica nie widziala od 1978 roku...

A coz jeszcze przyniosl dzien...?

Mial dzis zapasc wyrok w glosnej sprawie "ziemi niczyjej" i pobudowanym na niej Babri Masjid w Ayodhyi.
Czy zbudowany w 1538 roku meczet powstal na ruinach istniejacej tam wczesniej swiatyni hinduistycznej? Czy sanktuarium znow nalezy do hinduistow od 1949 roku, kiedy to na jego terenie pojawily sie wizerunki hinduistycznych bostw? Czy prawowitym wlascicielem spornej swiatyni i ziemi, na ktorej jest zbudowana, sa hindusi (jesli byli jej "wlascicielami" przed 1538 rokiem i po 1949), czy muzulmanie ("wlasciciele po 1538 i przed 1949). Sad najwyzszy mial odpowiedziec na te pytania i zadecydowac dzis. Wczoraj jednak zadecydowal, ze zadecyduje we wtorek, 28 wrzesnia. Wszyscy czekaja na werdykt i chyba tak naprawde wiekszosc mieszkancow Ayodhyi (i nie tylko), nie ma wielkiej ochoty go uslyszec... Jaki by werdykt nie byl- zawsze ktos uzna, ze jest niesprawiedliwy. A to moze doprowadzic w Indiach do zamieszek. Znowu... Tego sie wszyscy obawiaja...

W 'newsach' jeszcze o tragedii w swiecie zwierzat- znow zawinili ludzie i ich bezdenna glupota. 7 sloni zginelo w kolizji z pociagiem towarowym ok 500 km od Kalkuty (w Bengalu Zachodnim). Slonie znajdowaly sie na terenie, na ktorym teoretycznie powinny byc bezpieczne. W tym miejscu - wlasnie z uwagi na obecnosc zwierzat - wprowadzono dla pociagow ograniczenie predkosci do 25 km/h. Maszynista pociagu, ktory zabil w srode w nocy 7 sloni, rozpedzil pojazd do 70 km/h. Zanim zdolal sie zatrzymac, przejechal 400 metrow, ciagnac po torach cialo jednego ze sloni.
Tylko w ciagu dwoch ostatnich lat, w kolizjach z pociagami zginelo w Indiach ponad 30sloni...

Po informacji o sloniach przyszla kolejna: "nastepca" slynnego Lalu Prasada - niegdys szefa wladz Biharu - zostal ogloszony jego syn, 20 letni Tejasvi Yadav (urodzony w roku, w ktorym Lalu zostal "wladca" Biharu). "Namaszczony" przez ojca Tejasvi ma w planach malzenstwo, a potem nauke, pod kierunkiem swego mistrza i taty, Lalu. "Przez kilka lat bede szkolil syna na polityka. To tak jak z kazdym innym zawodem. Trzeba sie go nauczyc, a potem wykonywac. I juz. Ale zanim sam zostanie politykiem, w najblizszych wyborach bedzie zachecal do glosowania na mnie", mowi Lalu.
"Moj ojciec jest wspanialym czlowiekiem i wielkim, znanym politykiem. Ludzie go sluchaja", mowi Tejasvi (z "zawodu" gracz w krykieta).
Tlum wiwatuje. Brawo dla nastepcy tronu!

No i jeszcze o tym jak Igrzyska Wspolnoty Narodow (Commonwealth Games 2010) przeistaczaja sie w groteske, jakiej swiat dawno nie widzial... Codziennie w telewizji i gazetach pojawiaja sie zdjecia i reportaze z akcji "Commonwealth games- common shame...?". Czy beda to igrzyska z prawdziwego zdarzenia, czy porazka i wstyd dla Indii- okaze sie 3 pazdziernika. A tymczasem codziennie jestesmy swiadkami kolejnych bledow i wpadek politykow, organizatorow i urzednikow, a przeciekajace dachy obiektow sportowych, podtopione hale, biegajace po stadionach psy- to juz normalka;)
Kilka dni temu swiat obiegla informacja o prowokacji australijskiego dziennikarza, ktory wszedl na teren sportowego obiektu z duza walizka, wypelniona materialami wybuchowymi, nie zostal przez nikogo przeszukany, sprawdzony, pies z kulawa noga sie nim nie zainteresowal...
Poza tym najbardziej "gorace" dzis zdjecia w gazetach i telewizyjnych wiadomosciach to te przedstawiajace mieszkanie w "wiosce olimpijskiej"- apartament dla sportowcow i oficjalnych reprezentantow krajow bioracych udzial w igrzyskach. Lazienka jest brudna nieprzytomie, a na poscieli widnieja blotniste slady psich lapek!:)
Jeden z czlonkow komitetu organizacyjnego broni sie: "Te apartamenty sa czyste- tak uwazam ja i Wy- obywatele Indii. Przyjezdni i turysci z zagranicy maja inne standardy. Dla nich jest 'budno' ".

Chyba sie tu usmiechne, bo mi nic innego nie pozostaje;)

Sheila Dikshit- szefowa wladz Delhi - tlumaczy ciekawskim dziennikarzom: "Sluzby porzadkowe nie sa od sprzatania toalet. One sa odpowiedzialne za porzadek na drogach, chodnikach, wywoza smieci, zamiataja podloge, a nawet (!) zmywaja ja na mokro. Sprzatanie toalet nie nalezy do ich obowiazkow. Tym musi zajac sie ktos inny, a prywatne firmy ktore o to prosimy, odmawiaja nam. I co my mozemy robic?"

No coz, ja tam mysle sobie, ze organizatorzy igrzysk powinni zabrac sie za miotly i scierki i ruszyc do boju wedle zasady "jesli chcesz, by cos bylo dobrze zrobione - zrob to sam!". I po problemie.

Poza tym wszystkim.... - w Delhi pachnie juz zima. Dzis co prawda jest calkiem cieplo i slonecznie (na szczescie nie pada), ale to nie jest juz zapach lata, o nie...
Idzie zima...
.

sobota, 18 września 2010

Pocztowki z Indii...

Tylko raz, jeden raz...
...zrobie z bloga pamietniczek;)


Drogi pamietniczku...,
wstalam rano. Tak mam w zwyczaju. Zazwyczaj;) Nie bylo innego wyjscia dzis. Musialam wstac, to wstalam... (chyba niezle jak na poczatek wpisu do pamietniczka).

Wzielam prysznic. Goracy. Nie z wyboru. Z przymusu. Widac moje "rano" nie bylo wystarczajaco wczesne, woda w zbiorniku na dachu zdazyla sie juz nagrzac i z prysznica poleciala ciepla, prosto na moja glowe.

Zrobilam sobie kawe. Czarna. Bez mleka, bez cukru. Takie "dziwactwo" w Indiach;)
Zrobilam tez herbate z mlekiem. I z cukrem.
Nie lubie mleka i herbaty z mlekiem... Tak na marginesie, pamietniczku drogi, nie lubic mleka i byc w Indiach, to zgroza. A nie lubic herbaty z mlekiem i byc w Indiach- to juz przestepstwo. Trudno, najwyzej zgnije w kryminale... Doszlam jednak do wniosku, ze dom to dom, a nie "prawdziwe Indie", i w tych swoich czterech scianach moge czuc sie bezpiecznie, a pic moge co chce- pozwalam sobie wiec nie lubic herbaty z mlekiem.
Kawa dla mnie, herbata dla kogos innego.

Przeczytalam gazete. Naglowki tylko i plotkarski dodatek o gwiazdach i gwiazdkach szol biznesu. Reszte przeczytam w ciagu dnia, siedzac w metrze, autobusie,w drodze na zajecia.
Gazeta to dobra rzecz, drogi pamietniczku. Gazete ktos codziennie dostarcza nam do domu. Nigdy nie widzialam tego "ktosia", ale wiem, ze ma on telefon (nawet znam jego numer), i zawsze moge zadzwonic i poprosic o dodatkowy egzemplarz gazetki, albo poinformowac, ze jade na kilka dni na wakacje, w zwiazku z czym na jakis czas z gazetki rezygnuje. Kazdego dnia, swiatek, piatek czy niedziela, ok 6.30 rano na naszym balkonie laduje z hukiem zwinieta w rulon i spieta gumka recepturka gazeta. Tajemniczy "ktos" ma takiego cela, ze hej! Nigdy sie nie myli, zawsze trafi w odpowiedni balkon, okno czy korytarz. Pierwsze pietro- prosze bardzo! Dziecinnie proste! Trzecie pietro? Czwarte?- tez nie ma sprawy. Tylko moze troszke bardziej trzeba bedzie zwolnic jadac na rowerze, i bardziej skupic sie na celowaniu.

Gazetka- do torby, stroj na zmiane na zajecia taneczne- do torby, prasolka- do torby (nigdy teraz nie wiadomo kiedy z czystego nieba spadnie deszcz...). I w droge. Na stacje metra. Troche to trwa. Slalomem podazam sobie miedzy wozkami z warzywami, spiacymi psami, rykszami rowerowymi, stosami niesprzatnietych jeszcze po nocy smieci.

Dotarlam do metra. Pomyslnie przeszlam kontrole wykrywaczem metalu, moja torebka tez pomyslnie przeslizgnela sie przez rentgen. Wsiadlam do metra, drogi pamietniczku... Nic takiego, wydawaloby sie, ale zapewniam, ze to wyczyn nie lada!. Tlok jest tu o kazdej porze dnia...
A w metrze ogloszenia. Mily meski glos w hindi informuje podroznych o ich prawach i obowiazkach, o zakazach i nakazach, o tym do jakiej stacji dojezdzaja. Kazde zdanie powtarza po angielsku, rownie miy, tym razem kobiecy glos.

Prosze odsunac sie od drzwi.
Prosze uwazac na kieszonkowcow.
Prosze pilnowac swoich bagazy.
Prosze nie zawierac znajomosci z nieznajomymi.
Prosze poinformowac pracownikow metra o kazdym podejrzanym przedmiocie pozostawionym bez opieki oraz o podejrzanym zachowaniu wspolpasazerow.
Nastepna stacja Rajiv Chowk.
Prosze nie popychac wspolpasazerow.
Prosze pozwolic wychodzacym pasazerom opuscic wagon.
Prosze ustapic miejsce osobom starszym i niepelnosprawnym.
Uprasza sie mezczyzn o nie zajmowanie miejsc siedzacych przeznaczonych dla kobiet.
Prosze nie pluc.
Prosze nie siadac na podlodze.
Prosze nie puszczac muzyki.

Matko jedyna! Drogi pamietniczku, w tym metrze niczego nie wolno..!;) Nawet pluc i siadac na podlodze. Zgroza!


Z metra- prosto na zajecia. Skacze, biegam, skacze i jeszcze raz skacze. I biegam. Takie skoczne zajecia dzisiaj jakies wyszly. Tym razem jednak nie ja jestem glowna skaczaca. Ja tylko pokazuje, a potem zmuszam do skakania innych;) Niech tez sie pomecza. Jak to milo byc "pania nauczycielka":)
O zajeciach tanecznych, drogi pamietniczku, juz sporo pisalam swego czasu, a pewnie jeszcze wiecej napisze. Dzis wiec poprzestane na tym skakaniu.

Po tancu- chwila oddechu. Te chwile wykorzystuje roznie: czasem na wizyte w kafejce internetowej, czasem na czytanie zaleglych ksiazek, czasem na powtorke materialu przed kolejnymi zajeciami, a czasem na obiad;)Dzis chcialam jednak pojsc na zakupy, potrzebne mi bowiem - banalna sprawa- owoce, warzywa i mleko (ktorego nie lubie...). Ale sklep, w ktorym to wszystko chcialam kupic, jest zamkniety codziennie w godzinach 13.00-16.00. A ja notorycznie o tym zapominam.
Nic to. W zwiazku z powyzszym czas na plan B. Biegusiem na przystanek autobusowy- niedlugo kolejna lekcja tanca. "Biegusiem" to moze nie jest najlepsze okreslenie... Bo akurat rozpadal sie deszcz. A jak sie rozpada deszcz, to z podrozy autobusem, ktora trwa ("biegusiem") 1 godzine, robi sie podroz dwugodzinna...
Telefon od nauczyciela: nie przyjezdzaj dzis na zajecia. Zalalo sale w ktorej cwiczymy.

Jeszcze jedno zadanie przede mna poznym wieczorem: przedpremierowy pokaz pewnej sztuki. Jak juz bedzie po premierze- zareklamuje te produkcje. Jak ja lubie reklamowac:) To jedno z moich ulyubionych zajec:)

Wracam, drogi pamietniczku, do domu. Ostatnim metrem (o 23.06).

A w domu.... zmieniam stroj na "wieczorowy", odklejam z czola, spomiedzy brwi, moje ozdobne wyjsciowe bindi i... NIE naklejam go na lustro! Tak wlasnie zwykly robic kobiety w Indiach: odklejaja ozdobe z czola i przyklejaja na lustrze, aby (byc moze) uzyc ja ponownie. Zazwyczaj jednak nie uzywaja i po jakims czasie tafla lustra upstrzona jest kolorowymi kropkami... Jakos irytuje mnie ten "zwyczaj". Nie potrafie wytlumaczyc dlaczego. Po prostu. I juz. Wiec NIE przyklejam bindi do lustra!
Bindi marki Renuka Gold.

I po reklamie, drogi pamietniczku:)
.

wtorek, 14 września 2010

Pocztowki z Indii...

Zaniedbalam bloga ostatnio... A sporo sie dzieje.

Nie pisalam, a to wcale nie dlatego, ze w miniona sobote tak sie zlozylo, ze przypadly w tym samym dniu dwa duze swieta: jedno hinduistyczne (Ganesh Chaturthi) i jedno muzulmanskie (Eid ul-Fitr).

Nie pisalam, tez wcale nie dlatego, ze otworzona w Delhi nowa linie metra (a wlasciwie przedluzono juz istniejaca). Teraz delhijskie metro ma 117 stacji, 130 km, a do konca miesiaca podobno otworzone zostana dla pasazerow dwie nowe linie- 20 km i 22km.

Nie pisalam, wcale nie dlatego, ze monsun w tym roku zaskoczyl wszystkich swa intensywnoscia i dlugoscia. Woda w Yamunie, rzece przeplywajacej przez stolice, przekroczyla stan alarmowy i jej poziom w miniona sobote wynosil 206,78m. Potem wody opadly, ale wszystko wskazuje na to, ze poziom znow sie podniesie (podczas powodzi w 1978 roku, woda w Yamunie siegnela 207,49m). Z zalanych i zagrozonych zalaniem terenow ewakuowani sa ludzie.
Wciaz pada.

A w Kaszmirze zamieszki. Juz od trzech miesiecy. Na ulicach tysiace protestujacych, miasto w plomieniach... Szef wladz Kaszmiru- Omar Abdullah zagrozil podaniem sie do dymisji.

Nie pisalam, nie dlatego, ze juz za 19 dni Commonwealth Games (Igrzyska Wspolnoty Narodow), a mijaja kolejne terminy, "dead-line'y" ,i prace nie poruszaja sie naprzod (lub posuwaja sie bardzo, ale to naprawde bardzo wolno...) - z powodu opieszalosci urzednikow, z powodu korupcji i z powodu deszczu oczywiscie.

Nie piesalam, wcale nie dlatego, ze trojka pakistanskich graczy w krykieta zostala zawieszona z powodu skandalu wokol ustawiania meczow.

Nie dlatego rowniez, ze nowa bollywoodzka produkcja "Dabangg", juz w ciagu pierwszego dnia na ekranie, zarobila wiecej niz inna bollywoodzka produkcja "Trzech Idiotow".

Tyle sie dzieje, a ja nie pisalam. A powinnam, bo przeciez tyle sie dzieje.
Nie pisalam, ale za to bylam zajeta sprawami domowo- zawodowymi i czytalam sobie ksiazke "Swiete gry". Autor: Vikram Chandra. Polecam.

No i po reklamie;)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Bracia i siostry wszystkich krajow laczcie sie... no Raksza Bandhan!


Co roku w sierpniu (nie zawsze 24 sierpnia), w tym szczegolnym dniu bracia skladaja swym siostrom obietnice, ze beda je chronic, opiekowac sie nimi i wspierac, a siostry obiecuja modlic sie za ich szczescie i dlugie zycie. Zawiazuja na nadgarstkach swych braci nic- tzw. Rakhi.
Rakhi symbolizuje milosc, zaufanie, szczegolna wiez laczaca rodzenstwo.

Zgodnie z tradycja, swieci asceci wiazali Rakhi na nadgarstkach wiernych przychodzacych do nich po blogoslawienstwo.
Dzis Raksza bandhan to nie tylko symboliczne Rakhi (co roku w nowych wzorach, pieknie zdobione, wedle panujacej mody i zwyczaju), ale tez wielkie swietowanie, prezenty, uczty, restauracje, wspolne spacery i zabawa.
I...- co bardzo wazne- dzien wolny od pracy i szkoly!:)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Troche "City"...

Spacery po Delhi nie naleza ostatnio do przyjemnych. 3/4 miasta to obraz nedzy i rozpaczy. Ulice rozkopane, zalane woda (pora deszczowa w tym roku jest podobno najbardziej deszczowa od 15 lat).

Stolica dzis to jeden wielki plac budowy. A wszystko przez zblizajace sie wielkimi krokami Igrzyska Wspolnoty Narodow- Commonwealth Games 2010. Uroczyste otwarcie Igrzysk juz 3 pazdziernika, a Delhi wyglada 10 razy gorzej niz przebudowywany na 2012 rok stadion X-lecia...
Duzo tutaj zamieszania, powazne bledy i korupcja na wszystkich szczeblach... Ale - ku rozczarowaniu, lub tez i radosci czytelnikow- nie o korupcji bede dzis pisac. I nie o Igrzyskach (na to przyjdzie czas; dajmy stolicy szanse na posprzatanie przed pazdziernikiem).

A bedzie dzis troche o tzw "city". Spelniam prosbe sprzed jakiegos czasu: oto kilka zdjec mniej "folklorystycznych" Indii. Jest i city. Z okien samochodu.






Delhi to nie tylko herbatki prosto z wielkiego czajnika na chodniku, nie tylko krowy sunace dostojnie po skrzyzowaniach, nie tylko zatloczone autobusy. Delhi to nie tylko spacery w pieknych ogrodach Lodi, pekajacych w szwach w weekendy i swieta, chetnie odwiedzanych przez 'piknikowiczow', ogrodach pelnych kwiatow, egzotycznych ptakow (podobno tez i motyli..., ale ani tych superegzotycznych ptakow ani motyli nie mialam jeszcze szczescia zobaczyc w Lodi Gardens...). Delhi to nie tylko sale koncertowe, recitale taneczne, galerie sztuki i wystawy. To nie tylko wielkie targi i bazary, na ktorych za grosze mozna kupic "wszystko", od 'etnicznych' kolczykow poczawszy, na meblach skonczywszy.

Stolica to tez wielkie, nowoczesne, wielopietrowe centra handlowe (z najwiekszym "shopping mall'em" w Azji wlacznie), szerokie ulice ze skomplikowanymi rozjazdami i splotami, zaprojektowanymi przez swiatowej klasy specjalistow, najlepszych w swoim fachu. To ogromne domy, luksusowe osiedla. To nocne zycie, restauracje,kina, kluby, miejsca o ktorych 'szary obywatel' moze tylko pomarzyc... Niedawno w pieciogwiazdkowym hotelu otwarty zostal nocny klub. Wlasciciel placi za wynajem tego miejsca miesiecznie 30 lakhow, czyli tyle za ile mozna kupic luksusowe mieszkanie w Delhi, czyli 3 miliony rupii indyjskich, czyli... o nie, nie kazcie mi przeliczac dalej, juz i tak ta suma nie miesci mi sie w glowie... (no ale tak wlasnie donosza wiarygodne zrodla;) ).

Ja tam sie trzymam herbatki na ulicy. Czasem, zeby poczuc sie "w wielkim swiecie"- ide na kawe do pobliskiego centrum handlowego- ulubionego miejsca spotkan delhijskiej mlodziezy- bogatych dzieci bogatych rodzicow).
.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

15 sierpnia. Dzien Niepodleglosci: "I-Day" (od Independence Day)- tak zwa go Hindusi, znani z umilowania skrotowcow.

W 1947 roku w Indiach srednia dlugosc zycia wynosila 31,4 lat. W roku 2010 srednia dlugosc zycia to 68 lat.
W 1947 pisac i czytac potrafilo 14% ludnosci. W 2010 - 68%.
Cena zlota (10 gr) w 1947 to 88 rupii, dzis - 18,000 rupii.
Na 100 tysiecy obywateli Indii w 1947 przypadalo 0,5 lekarza. Dzis- 64 lekarzy.

Takie miedzy innymi zestawienia i dane statystyczne opublikowala jedna z gazet w 63 rocznice odzyskania przez Indie niepodleglosci. Autorzy artykulu "Freedom @ 63"- urodzeni w 1947 roku, dorastali razem z Indiami... W kilkustronicowym, specjalnym dodatku do gazety codziennej, zastanawiaja sie czy cos zmienilo sie w Indiach od czasu ich (autorow i wolnego kraju) narodzin... Zaczynaja sie zastanawiac i dochodza do wniosku, ze zastanawiac sie jest glupio...;) tu sie nie ma nad czym zastanawiac. To oczywista oczywstosc:)).

Krotka lekcja historii, troche o reformach, o konstytucji, o tym co przez te 63 lata zmienilo sie na lepsze (autorzy artykulu wybrali 10 najbardziej znaczacych ich zdaniem zmian i dobrze zapowiadajacych sie poczatkow zmian na lepsze, m.in walke o rownouprawnienie kobiet, walke z homofobia i z dyskryminacja ze wzgledy na kaste czy religie).

Oprocz danych statystycznych, zestawien i lekcji historii, mamy takze liste 15 filmow, ktore najlepiej oddaja idee patriotyzmu i opisuja walke o niepodleglosc i o Indie.

Przytoczyc liste? A przytocze:

1. Naya Daur (1957), rez. BR Chopra
2. Haqeeqat (1964), rez. Chetan Anand
3. Upkar (1967), rez. Manoj Kumar
4. Purab aur Paschim (1970), rez. Manoj Kumar
5. Hindustan ki Kasam (1973), rez. Chetan Anand
6. Kranti (1981), rez. Manoj Kumar
7. Gandhi (1982), rez. Richard Attenborough
8. Tiranga (1992), rez. Mehul Kumar
9. Border (1997), rez. JP Dutta
10. The Legend of Bhagat Singh (2002), rez. Rajkumar Santoshi
11. Maa Tujhe Salaam (2002), rez. Anil Sharma
12. Swades (2004), rez. Ashutosh Gowariker
13. Bose: A forgotten hero (2005), rez. Shyam Benegal
14. Rang de Basanti (2006), rez. Rakeysh Mehra
15. Chak De! India (2007), rez. Shimit Amin


A co za oknami w czasie gdy czytam sobie dodatek do gazety codziennej? A za oknami niebo bezchmurne, niebieskie, slonce wyrabia 200% normy... Niebo uslane kolorowymi latawcami (ostatni krzyk mody to latawce z wizerunkiem gwiazd Bollywood).
Puszczanie latawcow jest tutaj prawie sportem narodowym, a Dzien Niepodleglosci nie bylby Dniem Niepodleglosci, bez prawdziwych wielkich zawodow latawcowych. Cale rodziny wychodza na dachy domow i wypuszczaja latawce w niebo. Zwycieza ten, komu uda sie przeciac linke latawca przeciwnika (linka swojego latawca oczywiscie, bo tylko takie ciecia sa dozwolone!).

15 sierpnia przypadl w tym roku w niedziele, ku rozpaczy uczniow (taka ironia losu... to tak, jakby 1 maja przypadl w piatek...).
Niedziela, jak niedziela. Ale w telewizji same programy i filmy patriotyczne, prezenterzy ubrani w trojkolorowe, pomaranczowo-bialo-zielone kreacje, barwy flagi Indii. Pod India Gate (Wrotami Indii) tlumy ludzi... Nie zaryzykowalam tam wycieczki w ciagu dnia... Natomiast wieczorem przy India Gate jest calkiem przyjemnie. Tlumy nadal okupuja plac przy Wrotach, ale atmosfera jest juz bardziej rodzinna niz 'oficjalna'. Cale rodziny przychodza tu jak na piknik, jedza lody, wate na patyku, bawia sie kolorowymi balonami i pilkami, festyn i swietowanie trwa.

Z okazji Dnia Niepodleglosci wypilam duszkiem, zamiast Pepsi, rodzimej produkcji Thums Up (indyjski gazowany odpowiednik coli i pepsi, w kolorze czarnym, o smaku... hmmm... kadzidla:) ). Troche mi potem co prawda zostal w ustach posmak mydla sandalowego Mysore i kadzidelka, ale czego sie nie robi dla kraju!
11 listopada obiecuje wypic duszkiem... no co ja tam moge wypic?... o! kwas chlebowy!:)

piątek, 13 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zawod: sluzacy.

Dzisiaj refleksja na jedynym w swoim rodzaju stosunkiem Hindusow do ... pralki;) i do instytucji "sluzacego".

Moj znajomy, dziennikarz, wynajmowal z kolega, takze dziennikarzem, mieszkanko w poludniowym Delhi. Gdy nie mieli czasu pichcic sobie obiadkow (a zazwyczaj nie mieli, bo jako poczatkujacy dziennikarze dostawali najmniej 'atrakcyjne' dyzury- nocne, w dzien zatem odsypiali), wpadala do nich sasiadka, ktora zatrudnili prawie na pelny etat, by im gotowala i sprzatala.
To nic w sumie dziwnego, nic nadzwyczajnego. W Indiach w wielu domach jest ktos, kto za nas ugotuje, sprzatnie i upierze. Nawet srednio zamozne rodziny indyjskie maja pomoce domowe (wiekszosc ludzi uzywa jednak niestety slowa 'sluzacy', ktorego osobiscie nie lubie...). Czesto taki "sluzacy" czy "sluzaca", pomaga pani domu w gotowaniu. Jak pomaga? Glownie kroi warzywa. Pokroi skladniki do takiego, na przyklad curry, w drobna kostke, zmyje po sobie naczynia i pojdzie. A pani domu wejdzie do kuchni, wsadzi wszystkie pokrojone warzywa do gara i zrobi curry...

Wrocmy jednak do mojego znajomego dziennikarza i jego sasiadki ktora, przypomne, gotowala mu czasem, zmywala naczynia i sprzatala. Nie prala jednak jego ubran. Po rzeczy do prania przychodzil raz w tygodniu chlopak i nastepnego dnia odnosil czysciutkie i wyprasowane ubrania. Az pewnego razu moj znajomy... (uwaga, uwaga! werble!) ...kupil sobie pralke! Chlopak przestal przychodzic po brudne ubrania, ale za to zostal zatrudniony jako "obsluga pralki";) Robota w miare prosta: wpadasz raz w tygodniu, wlaczasz te pioraca ciuchy machine (wczesniej pan domu przeczyta instrukcje obslugi, nauczy Cie, wytlumaczy co i jak, wiec odpowiedzialnosc zerowa, w razie niepowodzenia zwalasz wine na niego), obserwujesz jak sie wszystko ladnie w bebnie kreci, wyjmujesz, wieszasz na sznurkach i juz. Gdyby moj znajomy dziennikarz mial zone, ona pralaby swoja bielizne sama w reku, by nie gorszyc Chlopaka Obslugujacego Pralke.

W Indiach nie kazdego stac na pralke, czy zmywarke do naczyn; zazwyczaj jednak stac go na posiadanie pomocy domowej.
Pomoc domowa to czesto mlodzi chlopcy dwudziestoparoletni - z tym spotykam sie najczesciej (ale nie ma reguly; sa to oczywiscie takze dziewczyny, kobiety i mezczyzni w srednim wieku). Przybywaja z malych miasteczek i wsi (do Delhi najczesciej z Uttar Prades lub Biharu), aby szukac pracy. Pracuja, zarabiaja, potem jada do siebie na wies, by na przyklad wziac slub z wybrana przez rodzine dziewczyna, a po wszystkim wracaja do miasta, do swych pracodawcow (i wysylaja rodzinie czesc zarobionych pieniedzy).

Z badan wynika, ze z uslug "sluzacych" (takim terminem posluguja sie zazwyczaj Hindusi) korzysta najczesciej klasa srednia. Placa dla pomocy domowej jest raczej groszowa, ale dla wielu osob to jedyny sposob na przetrwanie. Wszyscy sa zadowoleni- wiele osob dostanie prace, wiele zostanie w pracy wyreczonych.

Apartamenty na luksusowych osiedlach i nowe mieszkania coraz czesciej maja w standardzie maly pokoj z lazienka, z osobnym wejsciem, "doczepiony" do mieszkania. Taki pokoj wyposazony jest od razu w dzwonek lub telefon, za pomoca ktorego mozna laczyc sie tylko z mieszkaniem pracodawcy...

środa, 4 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Post scriptum

Obiecane foty z gazet w MP. Na tyle niewyrazne, ze ktos moze watpic czy to naprawde ja...
Trudno:)




Post scriptum

.

Pocztowki z Indii...

I'm singing in the rain... w wydaniu indyjskim monsunowym:)



Prosze Panstwa, oto Pulkit. Pulkit przyszedl na zajecia z chhau (podobnie jak ja) w pewien (lipcowy jeszcze) dzien monsunowy... Nikomu innemu nie udalo sie dotrzec do Triveni Kala Sangam na Mandi House, z powodu deszczu, ktory raczyl zalac delhijskie ulice, uniemozliwiajac poruszanie sie po miescie. Co robic, jak nie ma chhau i pada deszcz? Nic, tylko spiewac w deszczu...! Ja sobie jednak darowalam te przyjemnosc. Wolalam uwieczniac te chwile z pomoca aparatu.
A Pulkit spiewa dalej...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zapamietane w ciele...

Przez dwie godziny zajec skaczemy, biegamy, wywijamy mieczami. Pot sie leje strumieniami. Doslownie. Koncowka lipca w Delhi. Nawet nie jest tak goraco, moze jakies 35 stopni, ale za to wilgotnosc powietrza chyba 100 % ;) I do tego 'power cut' (tak w Indiach zwa przerwe w dostawie pradu). Jedyna pociecha w gorace dni - wiatraki pod sufitem- przestaja dzialac zaraz po rozpoczeciu zajec. Ale nie oznacza to absolutnie, ze lekcja chhau sie nie odbedzie. Nie oznacza to takze, w zadnej mierze, ze zostaniemy potraktowani jakos ulgowo.







Na chhau wykonujemy codziennie (a ci wytrwali oraz ci, ktorzy nie maja nic innego do roboty przez caly bozy dzien- nawet dwa razy dziennie)zestaw tych samych cwiczen. Dobrze wykonane , w dobrym tempie z odpowiednia iloscia powtorzen, powinny zajac okolo 20 minut lekcji. Cialo zapamietuje te rozgrzewke bezblednie. Jest to o tyle wazne, ze wszystkie te cwiczenia wykorzystuje sie potem w podstawowych krokach, w dluzszych sekwencjach krokow tanecznych , wreszcie w choreografiach.
Nie wszyscy jednak maja ochote i zapal, by czekac az zacznie sie nauka choreografii... Cwiczenia i nauka techniki, powtarzane do znudzenia elementy... kto to przetrzyma?



Nasz nauczyciel z doswiadczenia wie, ze zazwyczaj po kilku miesiacach z grupy 10 osob zostaje jedna, moze dwie. Dlatego czasem dostosowuje sie sposob uczenia do wymagan grupy. Takie czasy... Niektorzy przychodza tu jak na 'ciekawsza forme aerobiku'.
Gdy guru dostrzeze w uczniu zainteresowanie tancem, pasje i oddanie, i dojdzie do wniosku, ze cos z tego mozna wykrzesac- wtedy bierze sprawy w swoje rece i decyduje kiedy kogo i czego uczyc.

Troszke odejde od chhau na chwilke: mam znajoma, Hinduske, ktora przychodzila kiedys na lekcje tanca odissi, do pewnego wielkiego guru, przez niemal pol roku, 4 razy w tygodniu. Zajecia trwaly 15 minut i odbywaly sie w przerwie miedzy zajeciami grup zaawansowanych. Przez te pol roku wykonywala kilka tych samych cwiczen, nawet nie krokow tanecznych. Po 6 miesiacach nauczyciel stwierdzil, ze wytrwalosc i zawzietosc uczennicy czas nagrodzic i przyjal ja do 'normalnej' grupy poczatkujacej, na 'normalne' lekcje.
To moze skrajny przypadek, ale na pewno nie odosobniony w Indiach.
Ciekawe jak skonczyloby sie stosowanie takiej metody na naszym, polskim gruncie...?;)

Nasz nauczyciel chhau, ktory prowadzil wiele warsztatow w Indiach i poza granicami kraju, obserwuje: "Na Zachodzie uczniowie potrzebuja czestych zmian i szybszych efektow pracy. Wy sie szybciej uczycie. Uczniowie w Indiach- wolniej".

Na zajeciach, na ktore uczeszczam w Indiach, rozni guru stosuja wobec swoich indyjskich i zagraniczych studentow zarowno metode nieskonczonej ilosci powtorzen danego kroku (cialo zapamietuje ruch i potrafi bezblednie go wykonac po jakims czasie, bez nadmiernego angazowania w to myslenia i zastanawiania sie nad przebiegiem ruchu i zmianami w ciele), jak i rozkladania danych krokow na czynniki pierwsze, tlumaczenia sobie jak pracuje w danym momencie kazda czesc ciala, i logicznego kontynuowania rozpoczetego ruchu. Kazda metoda jest dobra jesli prowadzi nas do celu:)

Jest jeszcze jedna rzecz: zapisywanie tanca. Ta metoda obca jest wielu Hindusom. Kiedys w ogole jej nie stosowano. Owszem, moze i zapisywano po krotce kolejnosc krokow, ale nikt nie skupial sie na tym, aby dany krok sam w sobie jakos zobrazowac, opisac.
My- zagranicznicy;)- mamy odruch do zapisywania wszystkiego w zeszytach (obserwuje to na zajeciach). Po lekcji siadamy i smarujemy na kartkach, rysujemy, wymyslamy znaczki, kropki, kreski. Kazda metoda (nawet amatorska) zapisu, jest dobra. Kazdy ma swoj kod, szyfruje choreografie tak, ze korzystanie z cudzych notatek czasem jest po prostu niemozliwe:)
Indyjscy nauczyciele coraz czesciej zachecaja swoich indyjskich studentow do prowadenia zeszytow. Czesto okazuje sie, ze takie notatki w razie zacmienia umyslu i ciala, ratuja nas z opresji (pewne jest, jak 2+2=4, ze jak zapomnisz co masz tanczyc, to oberwiesz od nauczyciela kijkiem do wystukiwania rytmu:))
.

czwartek, 29 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

"A mialo byc tak pieknie... Wywiady mialy byc...".

I byly. Chociaz od poczatku wszystko wskazywalo na to, ze cala nasza eskapada to bedzie raczej porazka roku, a nie sukces...

Jedziemy na wystep taneczny do Madhya Pradesh (czytaj: Madhja Prades oczywiscie - a! 's' jest z kreseczka, ale nie mam kreseczek tutaj w kafejce internetowej:)). Zaproszenie potwierdzono na 7 dni przed planowanym pokazem. Choreografie ustawiamy na trzech tylko probach i w droge! Do miejscowosci Damoh w stanie MP (juz mi w krew wchodzi indyjskie upodobanie do skrotowcow. No to PCD!- znaczy: Prosze, czytajcie dalej!).
Wystapic mamy z recitalem bharatanatyam na dwudniowym festiwalu muzyki i tanca. Potwierdzenie zaproszenia, jak juz wspomnialam, nadeszlo 7 dni przed data wystepu, a co za tym idzie: nie zdazylismy sie zalapac na bilety w dogodnym pociagu. Musielismy wyruszyc dzien wczesniej. Festiwal w Damoh, to wazny festiwal, jeden z najwiekszych w MP (podobno). Mniejsza wiec o jeden dzien 'w plecy'.

Podroz - jak kazda w Indiach - nie bylaby podroza w pelni udana, gdyby odbyla sie bez przygod.
Zaczelo sie od tego, ze 25 lipca, w niedziele, przywiezlismy do Damoh deszcz. Hektolitry deszczu przywiezlismy. Padalo bez przerwy 24 godziny. Pierwsza wersja wydarzen byla taka, ze poogladamy sobie Damoh z okien pokoju hotelowego, w ktorym utknelismy w rezultacie na 4 dni.




Nie wiadomo tez bylo, czy te 4 dni to nie jest wersja optymistyczna, bo istnialo niebezpieczenstwo, ze zaleje tory kolejowe i zaden pociag z Damoh nie odjedzie, chocbysmy blagali, plakali, grozili i zaklinali niebo i wszystkich swietych (tych indyjskich- a duzo ich jest- i wszystkich innych tez). I autobus tez nie odjedzie. Zaden. Kropka.




A w hotelu...? Spalam przez 3 noce z karaluchami i pajakami na lozku! Pewnie powinnam sie cieszyc i upajac 'prawdziwymi Indiami', a nie wybrzydzac i krecic nosem jak jakas, nie przymierzajac, turystka! Ale cos mi nie wyszlo... Jednak wole sie upajac Indiami bez karaluchowego towarzystwa na moim lozku...

To tak na marginesie, bo nie o tym mialo byc przeciez.

Z powodu deszczu pierwszy dzien festiwalu zostal odwolany. Artysci z roznych stron Indii nie dali rady dojechac na miejsce wystepu, odlegle od Damoh o jakies 20 km. W komplecie stawila sie tylko... publicznosc! Podobno od 55 juz lat, odkad wlasciciel wioski i terenow na ktorych sie znajduje, organizuje co roku festiwal, publicznosc jest tak samo wspanial, wierna i z niecierpliwoscia oczekuje pokazow. Widzami sa mieszkancy kilkudziesieciu domow, lepianek, chatek, pobudowanych wokol najwiekszego, najbardziej rozleglego domostwa, ktore nalezy do organizatora festiwalu. To wielki stary dom, typowo indyjski, z wielkim podworzem w srodku, ze studnia, budynkami gospodarczymi, obora, przybudowkami dla sluzby, etc. Rodzina wlasciciela mieszka tam juz od 6 pokolen.






W poblizu glownego budynku mieszkalnego wybudowano scene. Na niej wystepujemy.
Mieszkancy wioski maja okazje ogladac co roku najlepszych muzykow i tancerzy z calego kraju. To zaszczyt znalezc sie wsrod wystepujacych. Tak przynajmniej czytam w broszurce, w ktora zostalismy zaopatrzeni. Tak tez utrzymuja organizatorzy, i tak pisza lokalne gazety. A mi w to graj! Swiecie w to wierze, no przeciez w koncu jestem w gronie tych wystepujacych, musze w to wierzyc!:) Humor mi to poprawia znacznie, a jakze!:))

Poniewaz deszcz ustal, drugi dzien festiwalu przebiegl prawie bez szwanku. Lekko sie tylko wszystko opoznilo, i zamiast o 21.00 wystapilismy o 24.00. Pozna pora nie przeszkodzila nikomu, a juz na pewno nie tlumnie zebranej publicznosci.
Nasz wystep sie odbyl, i co najwazniejsze, nawet sie udal.
Nastepnego dnia byly zdjecia w lokalnych gazetach, wywiady i spotkania z dziecmi z kilku szkol. Na tych spotkaniach, oprocz przyjmowania kwiatow i rozdawania autografow (ach! ta slawa!;) ), trzeba bylo wysluchac przemowien dyrektorow szkol o tym jak piekna i bogata kulture, tradycje i sztuke maja Indie. To prawda.
"Powinniscie byc z niej dumni! Spojrzcie tylko, mamy goscia z dalekiego kraju (gosc to ja, daleki kraj to Polska- przyp. tlum.;)), ktory tak dobrze tanczy nasz taniec indyjski (alez ja sobie dzis schlebiam;) ale to tylko cytat;)- przyp. tlum.). Uczcie sie, kochane dzieci, tancow indyjskich, a nie jakichs tam zachodnich!"
Hmm... no w sumie, idac tym torem, ja sie powinnam specjalizowac w polskich tancach narodowych, a nie w "jakichs tam wschodnich bharatanatyam i odissi"... A powiedzmy to sobie glosno i wyraznie- nie specjalizuje sie. w polskich tancach narodowych. Nie znalam jednak za stosowne poruszyc podowczas tego tematu.

Po autografach, wspolnych zdjeciach i nigdy niekonczacych sie herbatkach, kawkach i ciasteczkach, byla jeszcze wizyta u wielkiej szychy- Superintendent od MP Police.
Na szczescie mila to byla wizyta i , rowniez 'na szczescie', krotka, bo czasu bylo malo.
Wpadlismy zziajani na stacje rowno ze zziajanym pociagiem, na ktory musielismy , nota bene, czekac dodatkowo jeden dzien dluzej (bo nie bylo oczywiscie biletow na pociag wczesniejszy). Czyli kolejny dzien "w plecy".
Czymze sa jednak te dwa dodatkowe dni (plus dwa planowane plus dwa na podroz- co w sumie daje 6 dni poza Delhi, by wziac udzial w 45 minutowym wystepie;) ), w obliczu tak udanej wizyty w MP!

Tak bylo w Damoh... A jutro w Delhi jest pokaz odissi mojej nauczycielki Kavity Dwibedi.
"Przyjdz koniecznie", mowi Kavita. "I zabierz jak najwiecej znajomch. Boje sie, ze nikt nie przyjdzie... Chyba ludziom znudzily sie juz tutaj pokazy tanca... ".
Jedna z najlepszych tancerek odissi w Delhi boi sie o frekfencje... I chyba ma troche racji. W wiekszych miastach ludzie sa bardziej 'kaprysni' i... leniwi. Tlumy wala drzwiami i oknami na wielkie nazwiska. "Wielkie nazwiska" to takie, ktore sa dobrze ustawione w swiatku polityczno-atystycznym (jedno z drugim laczy sie bardzo scisle, i niestety nie wplywa dobrze ani na czlon 'polityczny' ani na 'artystyczny'). "Wielkie nazwiska" to niekoniecznie "wielcy artysci". "Wielki nazwiska" rownaja sie w Delhi bardzo czesto (nie zawsze, oczywiscie!) "wielkiemu rozczarowaniu".
Zobaczymy jutro. Ja na pewno sie wybieram na wystep odissi, ktory odbedzie sie, nota bene, w siedzibie ICCR. Indian Council for Cultural Relations, to instytucja odpowiedzialna m.in za promowanie wspanialej sztuki Indii.
Bedac jeszcze stypendystka ICCR, zanioslam kiedys do szefa dzialu organizacji pokazow tanecznych, zaproszenie na recital mojej nauczycielki bharatanatyam. Wazny Pan Szef Dzialu Organizacji Pokazow Tanecznych ICCR (Hindus, ma sie rozumiec) spojrzal na zaproszenie, obejrzal sobie dokladnie kolorowe zdjecie przedstawiajace moja nauczycielke- w pelnym rynsztunku do tanca bharatanatyam, w tanecznym kostiumie, bizuterii i makijazu, i po zastanowieniu powiedzial: "A, kathak... Moze przyjde, jak znajde czas".
...

niedziela, 18 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

Rupia rules:)

Rupia indyjska dolaczyla do 'walutowej' elity (czyli do dolara, euro, jena i funta brytyjskiego). Ma juz wlasny symbol i nie trzeba sie zastanawiac, czy ta rupia indyjska to "INR",czy "Rs", czy jeszcze co innego, czy to na pewno rupia indyjska, czy moze indonezyjska...

Oto bohaterka dzisiejszej notki- Rupia;)



Autorem symbolu waluty (ktory jest 'mieszanka' rzymskiej litery R i jej odpowiednika w alfabecie dewanagari) jest D Udaya Kumar- zwyciezca ogloszonego wsrod obywateli Indii konkursu, na ktory nadeslano ponad 3000 roznych propozycji symbolu.
.

wtorek, 13 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

Okazalo sie, ze mam wiecej niz jedna sasiadke...
Rodzina sie powiekszyla i sklada sie z 5 osob: 3 doroslych i 2 maloletnich.
Dwojka dzieci przyczepiona jest do dwoch mam (nie do dwoch naraz, tylko kazde dziecko do swojej mamy), a pilnuje ich czujny tata.
Salon i pokoj zabaw maja czesciowo na naszym balkonie, czesciowo na balkonie sasiadow, a stoluja sie w wielu miejscach, czasem takze u nas, o czym juz pisalam:)
A oto sympatyczna rodzinka:







.

niedziela, 11 lipca 2010

Pocztowki z Indii...



Jak byc pieszym i przezyc...

Przyzwyczailiscie sie do tego, ze kierowcy zatrzymuja sie przed przejsciem dla pieszych, zanim jeszcze zaswita Wam w glowach mysl, by przejsc przez jezdnie?
Jesli tak - to zanim tu przyjedziecie, koniecznie sie odzwyczajcie. Tu mozemy kwitnac sobie na srodku ulicy, na pasach dla pieszych (jesli je znajdziemy i jesli uda nam sie szczesliwie na nie wbiec), i nikt sie nie zatrzyma.
Kierowcy jednak laskawie nas omina. Chwala im chociaz za to.

A jesli juz naprawde bardzo chcemy przejsc na druga strone ulicy w imiejscu, gdzie nie ma swiatel dla samochodow (na swiatlach na skrzyzowaniu sie zatrzymuja! jest w kazdym razie duza szansa!), robimy tak: uwaznie obserwujemy jadace pojazdy i jesli trafi sie jakas "dziura", "oslabienie fali" - wskakujemy w sam srodek, podnosimy reke i "zatrzymujemy" ruch otwarta dlonia (jak Neo w Matrixie zatrzymal pociski....- tylko ze on faktycznie zatrzymal; my mozemy nie miec tyle szczescia;)). Caly czas uwaznie obserwujac kierowcow, brniemy przed siebie na upragniony drugi brzeg... Nie wolno ani na chwile zmniejszyc czujnosci. W razie niepowodzenia akcji z dlonia z Matrixa, wykorzystujemy nasza skocznosc oraz zdolnosc stop naszych do przyspieszania biegu i gwaltownego hamowania na zebach. Trzeba liczyc sie z tym, ze pojawi sie koniecznosc puszczenia sie biegiem przed siebie tylko po to, by za 2 metry stanac na bacznosc na srodku jezdni i przepuscic grzecznie samochody.



Nastraszylam Was? I dobrze:) A teraz zalecam uspokojenie sie - nie kazde przejscie jest az tak straszne, nie kazde musi "przebiegac" (doslownie i w przenosni) z takimi przygodami. Istnieja tez przejscia podziemne i kladki oraz calkiem niezle funkcjonujace swiatla na przejsciu dla pieszych.

Obserwacja (uogolniam teraz!): sa swiatla, sa przejscia, sa oddzielne pasy ruchu dla autobusow, ba! sa nawet i sciezki rowerowe, sa nowoczesne przystanki autobusowe i... I co z tego? Co z tego, skoro i tak nikt (no dobra, prawie nikt) z tych dobrodziejstw nie korzysta (nie potrafi korzystac? nie wie, ze nalezy korzystac? nie korzysta z glupoty? tak jak, z glupoty, nie zapina kasku jak jedzie na motorze...).
Samo unowoczesnianie miasta, przystosowywanie go do "poziomu swiatowego" nie wystarczy. Nic to nie da dopoty, dopoki nie unowoczesni sie i nie "przystosuje" sposobu myslenia i dzialania ludzi.

Ale sie madrala zrobilam;)

Dobra, pokrzepiajaca wiadomosc z ostatniej chwili jest taka: jesli jakis pojazd potraci nas na, uwaga (!), na przejsciu dla pieszych, mozemy liczyc na odszkodowanie od wladz miasta.

No i swietnie! To ja juz biegne to sprawdzic!:) Do uslyszenia / zobaczenia / napisania (nie wiem kiedy ...;) )
.

środa, 7 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

Nie tylko pierwsze ulewy monsunu, ktory wreszcie rozpoczal sie w Delhi, zatrzymaly mieszkancow miasta w domach...
Partie opozycyjne polaczyly sily i zarzadzily w miniony poniedzialek ogolnokrajowy strajk "przeciwko wzrostowi cen" (powod niczego sobie...).
Opozycja: ten strajk to ogromny sukces, wreszcie wszyscy przejrza na oczy!
Partia rzadzaca (Kongres): ten strajk- przejaw glupoty i nieudolnosci- byl ciosem w zwyklych obywateli i niczego dobrego nie przyniesie!

Czyli norma. Jak wszedzie...

Czym to sie skonczy, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, ze byl to niewatpliwie najbardziej spektakularny strajk ostatnich lat, ktory sparalizowal w poniedzialek zycie we wszystkich najwiekszych miastach Indii.

W Delhi (i nie tylko) bylo tak: pozamykano szkoly, sklepy, centra handlowe, biura. Autobusy nie mogly przebic sie przez zablokowane ulice, palono kukly przedstawiajace rzadowych liderow, ustawiono blokady na najwazniejszych drogach dojazdowych do miasta oraz w samym miescie.

"To wszystko dla naszego wspolnego dobra", krzyczeli przedstawiciele BJP (Indyjskiej Partii Ludowej). Oni krzyczeli najdonosniej, choc nie tylko oni byli tam obecni.

Dla naszego wspolnego dobra tlum protestantow, wspierany pelnymi mocy przemowami i namowami liderow partii opozycyjnych, przebijal opony samochodow, motocykli i autobusow. Dla naszego wspolnego metra nie pozwalano ludziom wejsc do metra...

"Demokracja jest chyba dla nas jeszcze czyms nie do konca zrozumialym. Zachlysnelismy sie nia i tyle. Ciekawe kiedy nam spowszednieje...", zastanawia sie moj znajomy, ktory musial sobie wziac dzien wolny od pracy. Nie dojechal do biura...

Przez ostatnie dwa dni gazety o niczym innym nie pisza... No, moze jeszcze o tym, ze krykieter Dhoni- bozyszcze tlumow, nie tylko kobiet- ozenil sie.

A! i jeszcze o tym, ze: "Polska ma nowego prezydenta. Identyczny brat blizniak zmarlego tragicznie w kwietniu prezydenta Lecha Kaczynskiego, ktory mial nadzieje na przejecie po bracie wladzy w Polsce, odpadl w drugiej turze wyborow, pokonany przez Bronislawa Komorowskiego [tu calkiem duza fotka], pelniacego (jako marszalek sejmu) obowiazki prezydenta do czasu nowych wyborow."
No prosze, wiec te nasze wybory to news takze tutaj. Moze nie tak wielki jak slub krykietera Dhoniego, ale zawsze cos:)
A w ambasadzie w New Delhi na liscie glosujacych bylam 44. Coz za liczba...!
.

Pocztowki z Indii...





Moja sasiadka z moim sniadaniem...:)(swisnela przez okno, skubana jedna). Na mango sie nie skusila jednak, widac woli chleb tostowy marki Britania:)

niedziela, 27 czerwca 2010

Pocztowki z Indii...

Znacie? Znamy! No to posluchajcie...

O Delhi juz kiedys pisalam co prawda, ale ja tak moge w kolko...;)

W cieniu drzewa, wyrastajacego sobie nagle na srodku chodnika, chlodza sie sprzedawcy kukurydzy, herbatki, papierosow, ksiazek, wszystkiego... Nikt im tam za bardzo nie przeszkadza, bo piesi raczej rzadko z chodnika korzystaja. Komu bowiem chce sie co 5 metrow wchodzic na chodnik i schodzic z niego? (krawezniki w dodatku maja okolo pol metra wysokosci - przynajmniej nikt sie o nie nie potknie, bo siegaja kolan:)). Komu chce sie omijac rosnace drzewa i krzaki, kladace sie calym swoim zielonym cialem dokladnie w miejscu, gdzie teoretycznie powinno byc miejsce dla spacerowiczow?
Akcja "Keep your Delhi clean and green" najwidoczniej przynosi skutki pozadane. Stolica jest zaskakujaco zielona. Zazielenianie miasta przeprowadza sie, sadzac krzaki i drzewa w roznych, bardziej lub mniej przystosowanych do tego miejscach. Ale sie sadzi. Dobrze. Rezultat: duzo roslinnosci wszelakiej w tym zatloczonym i zanieczyszczonym do granic, nowoczesnym miescie.
"Keep your Delhi green"- OK, zgoda. A jak z ta czystoscia? Tu sie juz nieco gorzej stolica spisuje, niestety... Dbanie o czystosc objawia sie na przyklad (poza wieszaniem gigantycznych bilbordow) ustawianiem w wielu miejscach koszy z zachecajacym napisam 'USE ME' - 'uzyj mnie'. Nie wszyscy wiedza chyba jak to zrobic, albo nie wszyscy potrafia wcelowac do kosza - swiadcza o tym gory smieci wokol pojemnikow, dalej, blizej, czasem bardzo blisko, rzadko jednak w srodku. No ale samo to, ze kosze sa, jest juz dobrym znakiem.
Czesto to, co nie trafi do kosza, trafia do zoladka krow, ktore powoli, z gracja i spokojem naleznym przedstawicielkom ich rodu, snuja sie po ulicach i przezuwaja liscie, resztki jedzenia oraz plastikowe i fizelinowe torebki, papierowe opakowania, w zasadzie wszystko co wpadnie im w paszcze. Te zwierzeta trawia chyba wszystko bez problemu. I moze na tym tak wyrastaja. Delhijskie krowy to giganty, duzo wieksze od naszej poczciwej krasuli. Krowy, jak juz sie najedza, klada sie gdzie popadnie. Czasem urzadzaja sobie sieste na srodku ulicy. A wokol nich- masa pojazdow, plynacych wielka fala i bezkolizyjnie wymijajacych sie o milimetry.
Na skrzyzowaniach ulic stoja uliczne swiatla, a nad nimi elektroniczne zegary odliczaja sekundy do startu.
Czerwone swiatlo... 45, 44, 43,... ten charakterystyczny dzwiek niecierpliwie naciskanego co chwila pedalu gazu... Stoimy... 40, 39, 38... na okraglym czerwonym reflektorze napis RELAX. Nie pozostaje wiec nic innego jak sie zrelaksowac. 27, 26, 25... odlicza spokojnie sekundnik.
Ulica ma 3 pasy ruchu, ale samochody, autobusy, ryksze, rowery, motocykle, skutery i wozy ciagniete przez zwierzeta rozne (krowy, konie, wielblad tez sie moze zdarzyc), nie stoja wcale w trzech grzecznych liniach. Kazdy staje tam, gdzie ma ochote, a raczej tam gdzie sie zmiesci.




13, 12, 11... ktos ma juz dosyc relaksowania sie i probuje sie przebic przez tlum, byle do przodu, byle blizej linii startowej. Pociaga za soba kilku innych smialkow, ktorzy gdyby tylko mogli, przeskoczyliby ponad dachami samochodow stojacych przed nimi...
4, 3, 2, 1.. i wielka fala pojazdow, przy ogluszajacym akompaniamencie klaksonow, pokrzykiwan i poganiania sie nawzajem, rusza spod swiatel.

Prawo dzungli:
Kto pierwszy, ten lepszy.
Nigdy nie ufaj przeciwnikowi!
Nie zakladaj, ze kogos obchodza znaki drogowe i swiatla, a nawet policjanci kierujacy ruchem ulicznym (czesto tych policjantow tez nie obchodzi caly ten ruch uliczny, ktorym maja kierowac:) )



Zasada jest taka: Masz czym jezdzic? No to w droge! (a prawo jazdy, jesli go jeszcze nie masz, kupisz za rogiem:) )

środa, 23 czerwca 2010

Pocztowki z Indii...

O farbie, ktora udawala, ze probuje zakryc...

Scena w sklepie.
Osoby dramatu: My, Pan S.

MY: Witam. Poprosimy farbe.
PAN SPRZEDAWCA (zwany dalej PANEM S.): Swietnie! Ok, fine [Z ENTUZJAZMEM]. A do czego?
MY: A do pomalowania scian w pokoju.
PAN S.: Ok, fine [Z ZAPALEM]. Swietnie! Mam rozowa, zielona, niebieska, zolta, fioletowa i pomaranczowa... To jaka?
MY: Biala.
PAN S.: Ok, fine... [Z NIEDOWIERZANIEM]. Biala...? Na pewno...?
MY: Na pewno. Biala i zadne inna.
PAN S.: Ok, fine... [Z REZYGNACJA]. A do lazienki tez potrzeba? Do przedpokoju?
MY: Nie. Nie potrzeba.
PAN S.: Juz sa biale?!
MY: Nie . Lazienka jest zielona, a przedpokoj rozowy.
PAN S.: Ok, fine...! [Z ULGA. NIE DO OPISANIA]


No i tak jest wlasnie - lazienka w wynajetym mieszkanku jest zielona, przedpokoj rozowy, a kuchnia zolta. A pokoj... no, bialy to on nie jst. Byl rozowy, pasowal do przedpokoju, ale jakos to bylo tak... hmm... za pieknie jak na nasze gusta. Aby dodac sobie animuszu i podazac za lokalna moda stosuje sie tu, do malowania scian mieszkan, wlasnie takie piekne, zywe kolorki. To takie indyjskie:) Jesli ktos w Delhi taki swiatowy bardziej jest i mieszka w 'swiatowych' bardziej apartamentach- ma, jako kolor wyjsciowy scian- biel... Nieskazitelna. Lub troche zlamana...;)
No a my- tacy miedzynarodowi i swiatowi- chcelismy miec biel... Wyszla zlamana;) Zlamana rozem.
Farba nabyta droga kupna- sprzedazy, to byla taka "farba-nie farba", sluzaca bardziej do odnawiania i odswiezania scian, niz do zakrywania poprzedniego koloru. No i mozna powiedziec, ze faktycznie "odnowila". Probowala udawac, ze zakryla, lub moze lepiej (blizej prawdy): udawala, ze probuje zakryc. Ale nie wyszlo jej do konca;) Wyszedl za to kolorek taki troche lila, troche wrzosik. Nawet calkiem niczego sobie, musze przyznac po glebszym zastanowieniu.

Milo, przytulnie, cieplutko.
Po wczorajszym upale, slonce postanowilo "Dzis nie robie!" i tak wlasnie uczynilo. No i dzis chwila wytchnienia w zwiazku z tym - tylko 43 stopnie ciepla.
I tak minely pierwsze dwa dni w Delhi.
Superowo:)
.

niedziela, 20 czerwca 2010

Pocztówki z Indii... odsłona kolejna

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku (w ramach społecznej kampanii "nie bądź tchórzem, zagłosuj") - lecę do Indii.
"Pocztówek z Indii..." spodziewać się należy zatem już niedługo:)
.