niedziela, 31 października 2010

Niby nic…, a coś się jednak w nocy zmieniło.

Indie są od dziś dalej od nas. W wymiarze czasowym. Zimowym. O jedną godzinę dalej są. Całe 60 minut. Cofnęliśmy zegarki, zyskaliśmy godzinkę snu przy niedzieli i odsunęliśmy się od Indii.

O zmianie czasu przypomniały mi dziś moje dwa koty. Mają budziki chyba wmontowane w system (gratis!). Kotki wstają rano, w misce pusto… Ciach! Włącza się budzik. Mają w zwyczaju budzić mnie, te głodne stworzonka, rano, ale nie bladym świtem. Już to mamy na szczęście przetrenowane. Jeszcze tylko muszę w ciągu tych moich pobytów w Polsce, poćwiczyć z nimi otwieranie puszek i rozdzieranie saszetek z ulubioną karmą, to może w końcu nauczą się same robić sobie śniadanie.

O „normalnej” porze rozpoczęły dziś kotki swoją akcję „Budzik”. Spojrzałam na zegarek jednym okiem- nieeeee…. Coś wam się chyba, drogie kotki, pomyliło. Jeszcze nie czas...

Nawet jeśli w brzuchu burczeć zaczyna wcześniej, następuje falstart i wmontowany budzik włącza się kotkom nie o tej „przetrenowanej” porze, to najczęściej po kilku minutach rozumieją, co się wydarzyło i jeszcze na parę ładnych chwil kładą się z powrotem spać. Zazwyczaj na mojej głowie, twarzy lub brzuchu, by upewnić się, że nie przegapią momentu wstawania i że im nie ucieknę przed śniadaniem.

Ale dziś rano zrobiły się jeszcze bardziej natarczywe niż zwykle w tym swoim budzeniu mnie. Szara kotka jest troszkę złośliwa, bardziej interesowna i trochę sprytniejsza niż rudy kotek (wiadomo, kobita!) i już ona wie jak mnie skutecznie poderwać z łóżka! Strąca łapką, z powalająco niewinną miną, różne przedmioty z nocnego stolika, od butelki z wodą, po książkę. Prosto na moją głowę je strąca.

Czasem na pomoc w budzeniu wzywa swojego rudego brata.

- Rudy, co ty tam robisz takiego, co ją potrafi wkurzyć?

- Zazwyczaj nic…- odpowiada zgodnie z prawdą rudy kotek. - A nie ,czekaj! Mam! Szeleszczę papierami i torebkami foliowymi, a potem je gryzę i zjadam. Może być? Gorzej, jak przyuważy, bo wtedy mi z gardła te torebki wyciąga…

- No dobra –mówi szara kotka- wystarczy jak na moje potrzeby. To na „trzy, cztery” ty robisz swoje, a ja swoje. Trzy, cztery!

I tak wstałam dziś godzinę wcześniej niż zwykle, cztery i pół godziny dalej od Indii.. (tak dla przypomnienia-u nich jest później niż u nas).

W Polsce mam kotki- nie potrzebuję budzika. W Indiach natomiast moim budzikiem może być roznosiciel gazet. Już o nim pisałam, bo to postać ciekawa i zajęcie też:) Codziennie o tej samej porze na balkonach lądują gazety (w niedzielę uderzenie jest głośniejsze, bo do gazety dołączony jest niedzielny dodatek kulturalny:) ). Ale do tego można się przyzwyczaić, więc opcja gazetowego budzika już u mnie nie funkcjonuje. Przestałam reagować…

Co jeszcze może obudzić człowieka rano w Indiach? Jeśli jesteśmy do tych wszystkich odgłosów przyzwyczajeni- śpimy jak dzieci i nic nie jest w stanie wyrwać nas z objęć Morfeusza. Jeśli nie jesteśmy przyzwyczajeni, to potrafią nas obudzić odgłosy życia codziennego o poranku, np. brzęk metalowych talerzy, misek i kubków, w których rano dobre żony i mamy przygotowują mężom i dzieciom śniadanie i obiad, który wkładają do metalowych, piętrowych pojemników. Śniadanie to, czy obiad, zawsze w jadłospisie muszą być warzywa, ugotowane, usmażone, a najchętniej przyrządzone w magicznym, wszechobecnym „preszer kukerze”!

Preszer kuker (z ang. Pressure cooker;) ), to urządzenie występujące w każdym gospodarstwie domowym (w ilościach nawet kilku sztuk różnych rozmiarów), służące do pichcenia (pod ciśnieniem) w zasadzie wszystkiego, od ryżu i dalu począwszy, na wszelkiej maści warzywach, a nawet mięsie, skończywszy. Ukończenie gotowania sygnalizuje ów pressure cooker potężnym syknięciami- ciśnienie uchodzi pod postacią kłębów gorącej pary wodnej. Obudzić może każdego, nawet największego, śpiocha.

Przykład: Hindus chce zjeść na śniadanie ryż (a często chce, niezależnie od tego jak dziwne by nam się to mogło wydawać;)). Wyjmujemy pressure cooker, wsypujemy ryż (wypłukany uprzednio dwa, trzy razy), dodajemy wody (jej poziom musi być wyższy od poziomu ryżu o około jedną trzecią palca wskazującego- czyli do pierwszego zgięcia palca). Zamykamy naczynie na „haczyk” (musi być ciasno,żeby nam nie wybuchło jak ciśnienie będzie z impetem uchodzić), pokrywką z gumką, która idealnie się dopasowuje i uszczelnia, zapalamy gaz i… czekamy. Nic nie mieszamy , niczego nie pilnujemy, nic nie wykipi, nic się nie przypali. Dwa syknięcia ustrojstwa ciśnieniowego i ryż gotowy:) Trwa to wszystko naprawdę bardzo krótko. To ciśnieniowa rakieta:)

Mnie już żadne odgłosy żadnych preszer kukerów, dobiegające z mieszkań sąsiadów, nie budzą.

Jest jednak coś, co wyrobiło u mnie odruch szybkiego wstawania. Bezbłędnie, o każdej porze dnia (nawet bladym świtem) wyczuję obecność małpy na balkonie. Odkąd zorientowałam się, że łupem małp padły dwie moje ulubione bluzki, suszące się na sznurku- postanowiłam, że więcej nie dam się złodziejom obłowić! Małpi złodzieje grasują najczęściej rano; czasem bawią się po prostu wiszącymi na sznurkach ubraniami, zakładając je sobie na głowę na przykład, a potem je zostawiają (w lepszym
lub gorszym stanie). Ale czasem, wystraszeni przez właścicieli ubrań, zwiewają gdzie pieprz rośnie z łupem w zębach. Szukaj wtedy wiatru w polu!

Budząc się rano w Polsce na dźwięk szeleszczących torebek foliowych, zrywam się z łóżka, by wyciągnąć z gardła mojego rudego kotka kawałki plastiku. W Indiach małpy nich sobie łykają foliowe torebki, nic mi do tego, z gardeł nie będę im wyciągać, niech się dławią. Ale moje ulubione ubrania wyrwę nawet z paszczy lwa! I to nawet o świcie!
.

piątek, 29 października 2010

Cudze chwalicie..., czyli rzecz wcale nie o Indiach.

Zakopana byłam po uszy w bajkach, mitach i eposach indyjskich. Teraz doszło do tego zakopanie po uszy w baśniach i bajkach polskich. Coś z tego wyjdzie na pewno, bo musi przecież (zakopanie po uszy połączone z zapałem indolożek i z pomocą specjalistów wszelkiej maści zaowocuje z pewnością czymś o czym kiedyś też napiszę). Kopiąc tak z zaangażowaniem dokopałam się do zbioru baśni polskich (Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1971, wydanie czwarte).
A na stronie 256 perełka! Oto ona:


Jan Krzeptowski Sabała
"O STWORZENIU EWY"


Tak było: Kie prosem pieknie, Paniezus stworzył świat, to sie obeźrał, ośmiał sie i tak se pedział:
- Barz ja to dobrze porobieł. Ino nie wiem, cy sie mojemo Jadamowi nie bee kotwić, bo je sam, haj. Trza mu końcem sprawić jakom zabawke, coby ś niom przy czasie zabawił, coby mu się nie kotwiło.

Tak se pedział Paniezus. I dobrze nie barzo, zawołał:
- Jadamie, hybajze haw!
Jadam przyseł, ale mu się straśnie łydki zacyny trząść, bo sie Paniezusa straśnie bał, haj!
- Lygaj!- pada mu Paniezus.
Jadam pilno na pościel log, ale se pomyślał:
"E, bedzie cosi, bedzie źle!" - i łydki zacyny mu mocniej dygotać.

Paniezus porusał na pościeli ręcami nad nim, toz to pilno usnom. Wyjon pote, prosem pieknie, składek z tórbki i wyrznom mu we śnie ziobro. Ale to było straśnie brzydźkie i masne, toz to prasnom na bryzek.

Diascy nadali psa... Zakradła się kanalija, łap ziobro i w uciekaca z nim do dźwierzy raju. Paniezus łap kija i dalej za nim! Ale pies wartki, a Paniezus stary i ni móg go dolecieć i hycić, coby mu ziobro wydar.

Lecom, lecom, jaze przylatujom do dźwierzy raju, a pies juz był we dźwierzak. Toz to Paniezus wartko kopnon dźwierze. Dźwierze sie na zaworke zaparły, ucieny psu ogón, ale pies uciek, haj!

I dobrze nie barzo, co Paniezus nie robi. Wzion ten ogón pote, obeźrał, zgniewał sie i pedział tak:
- Cekaj ty ino! Ja ci pokazem, zem cosi kajsi wart.
Toz to zgniewał się, złapił ogón i z tego ogóna stworzył babe, haj.

Temu to, prosem pieknie ik Miełości, wielgie panie ogóny nosom u sukniów. Ciągnie ta swój do swego i rad go widzi, haj.

To, pada, i psy som jest bez ogónów, ale nase kudlaki białe, owcarskie, co owce pasujom, to ik majom. Ony się moze pokocieły przedtem, abo od insyk psów? Cy jako?



Pod tekstem podano słowniczek. Przyda sie?;):

kie- kiedy
barz- bardzo
syćko- wszystko
nie bee- nie będzie
kotwić- nudzić
haj- tak
hybać- biec
haw- tutaj
lygaj!- kładź się!
składek lub składak- nóż składany, kozik
masny- tłusty
prasnąć- rzucić
bryzek- pagórek
w uciekaca- w nogi
wartki- szybki
kajsi- gdzieś
wielgie panie ogóny nosom u sukniów- pod koniec XIX wieku były jeszcze w modzie suknie damskie z długimi trenami, czyli ogonami

niedziela, 24 października 2010

Jest takie miejsce...

...w Karnatace. Zwie się Dawal Malik. To wioska w dystrykcie Gadag. Niedaleko Mulgund (by być bardziej precyzyjnym).
Nie byłam tam:) Podobnie jak w milionie innych miejsc w Indiach;) Ale o wiosce napiszę. Taka ciekawostka na dzisiaj, bo dawno nie było ciekawostek.

Nazwa wioski - Dawal Malik - to imię świętego, który osiedlił się w tym miejscu ponad 3 wieki temu. Dziś jego duch chroni mieszkańców wioski, swych wiernych wyznawców. Żyje tu ponad 60 rodzin i każda z nich codziennie odwiedza usytuowaną na wzgórzu małą świątynkę swego patrona, prosząc go o błogosławieństwo. Mieszkańcy Dawal Malik żyją sobie spokojnie w malowniczo położonym miejscu, w zdrowiu i szczęściu.

A żeby tak pozostało, spełnić muszą jeden warunek: bezgranicznie zaufać swemu patronowi, powierzyć mu w opiece cały swój dobytek i ... nigdy nie zamykać drzwi swego domu. I faktycznie - żaden z budynków (nawet tych nowo pobudowanych) nie jest zamknięty. Żadnego zamknąć nie można. Nie można, bo... żaden nie ma drzwi. Czasem tylko w niektórych domach zobaczyć można delikatną bawełnianą zasłonę, wiszącą w wejściu.

Żaden z mieszkańców wioski nie ośmielił się nigdy wstawić drzwi lub okiennic - to byłby zły omen. Mogłoby to sprowadzić choroby i nieszczęścia na całą rodzinę.
Wszystko, co znajduje się wewnątrz mieszkań, od telewizora, po lodówkę (jeśli w ogóle jest w domu), widać z ulicy. Okazja czyni złodzieja? Nie w Dawal Malik. Od ponad 50 już lat (jak twierdzą najststarsi mieszkańcy wioski i lokalna policja), nikt nie dopuścił się kradzieży. Żaden z mieszkańców, ani też nikt z pielgrzymów odwiedzających to miejsce i świątynkę na wzgórzu.

Widać Dawal Malik rzeczywiście jest świetnym obrońcą...
.

sobota, 16 października 2010

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/harendra_singh_jak_nie_zostalem_dyplomowanym_ksiegowym_8230_161930-1--1-d.html

moja wiosenna rozmowa ze szwagrem. o filmie, o Teleranku i o kopalni...

Garam masala..., czyli jak przetrwać w Indiach.

Zainspirowany tekstem o żelazku czytelnik bloga zasugerował, by napisać coś podobnego dla turystów wyjeżdżających do Indii.
A ja, zainspirowana sugestią czytelnika bloga, oraz kilkoma mailami z przeróżnymi pytaniami od osób wyjeżdżających na wakacje w kierunku wiadomym- na Wschód (bo "tam musi być jakaś cywilizacja!";) ), postanowiłam się zabawić w doradztwo turystyczne;)

Co zabrać ze sobą do Indii, w podróż życia, oprócz wygodnego plecaka, w którym przywieziemy te kilogramy prezentów, pamiątek, i wspomnień? Co nam się może przydać oprócz podręcznej apteczki, wygodnych butów, przewodnika Lonely Planet i "school pen'ów" do rozdawania dzieciom, które się do nas przyczepiać będą średnio pięć razy dziennie?
Polecałabym zabrać kiszone ogórki i czekoladę- zatęsknimy za tym po jakichś dwóch, trzech miesiącach;)

No ale tak zupełnie na poważnie- bohaterką dnia będzie dziś PIELUCHA TETROWA.
Pielucha tetrowa to cudowny wynalazek! A latem w Indiach- dla mnie jest niezastąpiona!!!

Zalety pieluchy tetrowej:
- jest tetrowa
- jest lekka
- jest chłonna
- szybko schnie.

Jest lekka- więc nie martwimy się, że nasz plecak będzie przez nią za dużo ważył. Możemy ze sobą zabrać w podróż 10 pieluch terowych zamiast jednego ręcznika frotte.
Do zapamiętania: latem do Indii nie zabieramy ręczników frotte!!! Dlatego że, po pierwsze zajmują za dużo miejsca, po drugie- prędzej nam zgniją w plecaku niż wyschną latem w tej wilgoci. Jeśli przenosimy się z miejsca w miejsce, z hotelu do hotelu- z ręcznikiem frotte nie mamy szans. Wściekniemy się po tygodniu, pozbędziemy się ręcznika i będziemy musieli coś kupić zamiast niego. Jeśli już tak się stanie- polecam zaopatrzyć się wtedy w bawełnianą dupattę (czyli szal, będący dopełnieniem stroju zwanego salwar kamiz- czyli szerokich spodni i tuniki), lub zwykłe dhoti (czyli część dolną stroju męskiego- kawałek materiału do obwiązania wokół bioder). Pielucha tetrowa wysycha w pół godziny, wystawiona na działanie naszego największego przyjaciela- wentylatora pod sufitem.

Jeszcze jedno zastosowanie tetrowej pieluchy: zanurzamy ją w zimnej wodzie, kładziemy sobie na kark albo na szyję, twarz czy co tam jeszcze i ustawiamy się, lub sadowimy,wygodnie pod wentylatorem (z angielska- fanem;) ). Ach! Co za ulga! A jakie nawilżenie skóry! Gładziutka cera i orzeźwienie gwarantowane!


Pielucha tetrowa od dziś powinna Wam się przestać kojarzyć li i jedynie z przewijaniem dzieci;)
.

sobota, 9 października 2010

Brać żelazko...?

Pewien indyjski znajomy wyjechał na 3 tygodnie "do Europy". Szkolenia, konferencje, coś tam... Mało ważne. Nie w tym rzecz po co pojechał, ważniejsze jakie miał przed tą podróżą dylematy. Zabrać żelazko, czy nie zabierać żelazka? Zabrać pastę do butów, czy jej nie zabierać? Zadręczał się tym chyba dość długo, bo gdy zwrócił się do mnie z tymi (i wieloma innymi) pytaniami, miał już w głowie gotową listę"za i przeciw".
Na co mi przyszło... Zawsze udzielałam "dobrych rad" tym, którzy wybierali się do Indii. A oto teraz zgłasza się do mnie z problemem ktoś, kto z Indii wyjeżdża w świat. No cóż, moja rada: podróżne żelazko brać. Nie zaszkodzi, a pomóc może. Podobnie jak pasta do butów. Może się mylę, może mnie ktoś poprawi, wyprowadzi z błędu, ale moim skromnym zdaniem mojemu znajomemu nie uda się znaleźć na każdym rogu ulicy, w Londynie czy Brukseli na przykład, kogoś kto wyprasuje mu koszulę albo wypastuje buty za 5 rupii.
Pamiętam, że kiedyś w Warszawie na Nowym Świecie stał bardzo elegancko ubrany pan, dżentelmen w każdym calu, Pan Pucybut. Stanowił tam dużą atrakcję (przechodnie robili sobie nawet z nim zdjęcia), a jego usługi nie były tanie, bynajmniej;)
Reasumując: żelazko brać. Pastę do butów też. W Indiach tańsza niż w Londynie.

Jakieś buty na zmianę tez brać, w razie gdyby jedne nam się zepsuły (no chyba, że będzie to dobry pretekst do kupienia sobie nowej pary kamaszy;)).
Co robimy w Indiach, gdy nagle na środku ulicy rozedrze lub rozklei nam się but? Rozglądamy się wokół, nasz sokoli wzrok w tłumie wypatruje siedzącego na chodniku szewca. Podchodzimy do niego lub podskakujemy na jednej nodze (tej w bucie), oddajemy zepsuty but w sprawne ręce szewca i za 5 minut odbieramy naprawiony. Ubożsi o jakieś 10 rupii (może być mniej, może więcej, w zależności od stopnia uszkodzenia obuwia), spokojnie kontynuujemy naszą pieszą wycieczkę.
Co robimy w Polsce, gdy nagle na środku ulicy rozklei nam się lub rozedrze but? Nie wiem:) A w Londynie? Też nie wiem:) Mam kilka opcji rozwiązań problemu na podorędziu )łącznie z taką: "nic, idziemy dalej w jednym bucie"), ale tej opcji indyjskiej wśród nich nie ma.

U nas krawcy, szewcy, hydraulicy- to podobno ginące zawody. A ceny za ich usługi, z tego co wiem, do bardzo niskich nie należą. W Indiach takie usługi są tanie. Bardzo tanie. Rzekłabym, że nawet zbyt tanie, w stosunku do wykonanej pracy. W jakimś artykule w Hindustan Times, poczytnym dzienniku, czytałam, że "idzie ku lepszemu" i przedstawiciele takich zawodów jak hydraulik, szewc, czy "służący" zaczynają być doceniani, traktowani lepiej, z szacunkiem, godziwiej wynagradzani. Kto wie, może piszą tak tylko dziennikarze- przedstawiciele klasy średniej, "uzależnionej" w Indiach od "służących"...

Wracając do poprzedniego wątku: w Indiach wciąż można wyprasować sobie na rogu ulicy ubranie, naprawić buty, naostrzyć noże, wezwać kogoś (dosłownie wyglądając przez okno) do naprawienia cieknącego kranu, czy zepsutego wentylatora. Gdy złapiemy gumę na ulicy, nie musimy dzwonić po pomoc drogową, nikogo szukać, ani nawet sami zmagać się z wymianą opony. Co 200 metrów bowiem znajdziemy jakiś malutki warsztat lub po prostu- jak to bywa ze wszystkim- fachowca siedzącego sobie na chodniku, czekającego na klientów. A tych nie brakuje. Za 50-100 rupii załatamy (lub wymienimy) przebitą oponę i w drogę!

Niby w tych Indiach trudniej cokolwiek znaleźć, że niby tutaj "dziko", że "nikt nic nie wie", "niczego nie ma"- a jednak o ile łatwiej! Jakże życie jest prostsze;)
Przez to często ludzie są tu mniej samodzielni. Znam osobiście takie "indywidua", które nie wiedzą jak zabrać się do krojenia ogórka do sałatki, bo zawsze ktoś to za nich robił. Albo kupują samochody i od razu zatrudniają kierowców, bo... sami nie potrafią prowadzić, lub jest to dla nich zbyt męczące. Albo stoją przed wejściem do sklepu i nie wejdą, dopóki "odźwierny" nie otworzy im drzwi. Albo wołają kelnera, by odkręcił im butelkę z wodą.

Pisałam już kiedyś o zatrudnianiu ludzi do włączania pralki i krojenia warzyw. Dziś nie o tym miało być.

The End. Sponsorem dzisiejszego odcinka była litera Ż- jak żelazko:)
.

piątek, 1 października 2010

Pocztowki z Indii...

Werdykt i dobre samopoczucie Kalmadiego...

To dwie rozne sprawy, ale dzis bedzie o wszystkim po troszeczku. Taki misz-masz przedwyjazdowy. Bo wyjezdzam. Jesien bedzie w Polsce:)

Werdykt- zapadl wreszcie. W sprawie Ayodhyi. Wszyscy czekali z zapartym tchem, spodziewajac sie zamieszek, wybuchow, wszystkiego co mozliwe. Szkoly w wielu miejscowosciach pozamykane, policja i wojsko w gotowosci.. Na szczescie nic sie do tej pory nie wdarzylo, narod przyjal ze spokojem wyrok w sprawie "ziemia-meczet-swiatynia".
Sad Najwyzszy uznal, ze ziemia, na ktorej stoi dzis meczet jest miejscem narodzin Ramy (Ram Janmabhoomi), a sporny teren podzielic nalezy na 3 czesci: 1/3 dla muzulmanow (dla organizacji Sunni Wakf Board), 2/3 dla dwoch organizacji hunduistycznych (dla organizacji Nirmohi Akhara i Ram Lalla). Te trzy grupy byly de facto stronami w sporze.
Werdykt jest 'kompromisem'- czyli tak naprawde nie do konca satysfakcjonuje strony sporu; na pewno beda odwolania od wyroku. Najwiecej 'szumu' robia wokol wyroku politycy. Kazdy chce 'uszczknac' cos dla siebie i tak naprawde ze sprawy, ktora meczyla wszystkich przez tyle lat i wreszcie pojawila sie szansa na jej rozwiazanie, robi sie sprawa polityczna, ktora znow moze ciagnac sie w nieskonczonosc...
Dwaj starsi panowie: 90 letni muzulmanin Mohammad Hashim Ansari (reprezentujacy Sunni Wakf Board) i 82 letni hindus Mahant Bhaskar Das (z Nirmohi Akhara)spedzili kilkadziesiat lat walczac o jakies rozwiazanie w sprawie Babri Masjid. Dzis przyjmuja wyrok ze spokojem i akceptuja go. Najwazniejsze, zeby byl pokoj. Nie chca wiecej zamieszek, bezczeszczenia swietosci (czy to przez muzulmanow czy przez hinduistow). Ciesza sie, ze narod z takim spokojem przyjal werdykt sadu. Obawiaja sie tylko jatrzenia sprawy przez politykow...


A co tam u czarnobrodego Kalmadiego...? To ubostwiana ostatnio przez media postac. Nie ma dnia, nie ma godziny, by nie bylo go w telewizji, gazetach, doslownie wszedzie. Krazy tu stary jak swiat dowcip: wlaczam telewizor- Kalmadi, otwieram gazete- Kalmadi, radio- Kalmadi, az boje sie otwierac lodowke!
Moze malo juz smieszne, ale jak najbardziej prawdziwe;)
Kalmadi, przypomne, to ten od Commonwealth Games- Igrzysk Wspolnoty Narodow. Po wsystkich wpadkach (to jeszcze nie koniec, codziennie sa jakies nowe 'rewelacje') jest wciaz w swietnym humorze i twierdzi, ze w najblizszej przyszlosci w Delhi nalezy zorganizowac Igrzyska Olimpijskie. Zyczymy szczescia:)

Wiadomo juz, ze Commonwealth Games sie odbeda (chociaz do 3 pazdziernika jeszcze 2 dni- wszystko sie moze zmienic). Niewazne, ze zawalila sie kladka dla pieszych, laczaca parking ze stadioem J. Nehru. Co tam, ze zapadly sie w kilku miejscach ulice. Nic nie szkodzi, ze zawalil sie sufit na korytarzu w jednym z blokow mieszkalnych dla sportowcow. A juz zupelnie nie jest wazne, ze w apartamencie w wiosce olimpijskiej zawalilo sie lozko najbardziej znanego indyjskiego boksera- razem z bokserem;) usiadl i sie zawalilo;) Trzeba bylo nie siadac!

Drugi ulubiony dowcip mediow (tez moze malo smieszny): po wszystkich tych wpadkach Kalmadi chcial sie powiesic, ale... sufit sie zawalil.

Igrzyska sie odbeda, zawodnikom zyczymy samych zlotych medali, kibicom wielu wrazen, mieszkancom Delhi spokoju i cierpliwosci, a organizatorom tak dobrego samopoczucia jak do tej pory!

A jutro przypada 141 rocznica urodzin Mahatmy Gandhiego. W zwiazku z tym- dzien wolny od pracy!
.
foto: thehindu.com

piątek, 24 września 2010

Artykul o Commonweath Games na wiadomosci.24

Reklama;) auto;)
Wiecej o igrzyskach na:

(link sie otworzy po kliknieciu na tytul)

A oto kilka fotek. Zdjecia zrobilam w lipcu. Teraz wszystko wyglada troszeczke lepiej (niewiele lepiej;) ). Ale przeciez do igrzysk jeszcze az 8 dni! Sie zrobi!:)


Obiekty treningowe i swiatynia Akshardham w tle.

A my sie boimy, ze nie zdazymy na Euro 2012;)


Siri Fort- praca wre!

Prace "wykonczeniowe" przy Siri Fort

Pocztowki z indii...

Niusy z Indii...

Ganapati zniknal w wodach Yamuny. Po nim kolejny, i kolejny... Wierni tancza, ciesza sie, graja na bebnach i zatapiaja wielkie kolorowe posagi Ganesi. Dobiegl konca 11 dniowy czas swieta tego slonioglowego bostwa.

Woda zabrala nie tylko Ganapatiego, ale tez spora czesc polnocnych Indii- w stanach Uttar Prades, Uttarkhand i Bihar. Wody kilku rzek w wielu miejscach przekroczyly stan alarmowy, pozbawiajac ludzi dachow nad glowa, zalewajac setki wiosek, zmuszajac setki tysiecy osob do ewakuacji.

Poziom wody w Yamunie, w Delhi i okolicach stale rosnie. Trwa ewakuacja niektorych terenow.

I wciaz pada. Takiego deszczu i takiego poziomu wody w rzece, stolica nie widziala od 1978 roku...

A coz jeszcze przyniosl dzien...?

Mial dzis zapasc wyrok w glosnej sprawie "ziemi niczyjej" i pobudowanym na niej Babri Masjid w Ayodhyi.
Czy zbudowany w 1538 roku meczet powstal na ruinach istniejacej tam wczesniej swiatyni hinduistycznej? Czy sanktuarium znow nalezy do hinduistow od 1949 roku, kiedy to na jego terenie pojawily sie wizerunki hinduistycznych bostw? Czy prawowitym wlascicielem spornej swiatyni i ziemi, na ktorej jest zbudowana, sa hindusi (jesli byli jej "wlascicielami" przed 1538 rokiem i po 1949), czy muzulmanie ("wlasciciele po 1538 i przed 1949). Sad najwyzszy mial odpowiedziec na te pytania i zadecydowac dzis. Wczoraj jednak zadecydowal, ze zadecyduje we wtorek, 28 wrzesnia. Wszyscy czekaja na werdykt i chyba tak naprawde wiekszosc mieszkancow Ayodhyi (i nie tylko), nie ma wielkiej ochoty go uslyszec... Jaki by werdykt nie byl- zawsze ktos uzna, ze jest niesprawiedliwy. A to moze doprowadzic w Indiach do zamieszek. Znowu... Tego sie wszyscy obawiaja...

W 'newsach' jeszcze o tragedii w swiecie zwierzat- znow zawinili ludzie i ich bezdenna glupota. 7 sloni zginelo w kolizji z pociagiem towarowym ok 500 km od Kalkuty (w Bengalu Zachodnim). Slonie znajdowaly sie na terenie, na ktorym teoretycznie powinny byc bezpieczne. W tym miejscu - wlasnie z uwagi na obecnosc zwierzat - wprowadzono dla pociagow ograniczenie predkosci do 25 km/h. Maszynista pociagu, ktory zabil w srode w nocy 7 sloni, rozpedzil pojazd do 70 km/h. Zanim zdolal sie zatrzymac, przejechal 400 metrow, ciagnac po torach cialo jednego ze sloni.
Tylko w ciagu dwoch ostatnich lat, w kolizjach z pociagami zginelo w Indiach ponad 30sloni...

Po informacji o sloniach przyszla kolejna: "nastepca" slynnego Lalu Prasada - niegdys szefa wladz Biharu - zostal ogloszony jego syn, 20 letni Tejasvi Yadav (urodzony w roku, w ktorym Lalu zostal "wladca" Biharu). "Namaszczony" przez ojca Tejasvi ma w planach malzenstwo, a potem nauke, pod kierunkiem swego mistrza i taty, Lalu. "Przez kilka lat bede szkolil syna na polityka. To tak jak z kazdym innym zawodem. Trzeba sie go nauczyc, a potem wykonywac. I juz. Ale zanim sam zostanie politykiem, w najblizszych wyborach bedzie zachecal do glosowania na mnie", mowi Lalu.
"Moj ojciec jest wspanialym czlowiekiem i wielkim, znanym politykiem. Ludzie go sluchaja", mowi Tejasvi (z "zawodu" gracz w krykieta).
Tlum wiwatuje. Brawo dla nastepcy tronu!

No i jeszcze o tym jak Igrzyska Wspolnoty Narodow (Commonwealth Games 2010) przeistaczaja sie w groteske, jakiej swiat dawno nie widzial... Codziennie w telewizji i gazetach pojawiaja sie zdjecia i reportaze z akcji "Commonwealth games- common shame...?". Czy beda to igrzyska z prawdziwego zdarzenia, czy porazka i wstyd dla Indii- okaze sie 3 pazdziernika. A tymczasem codziennie jestesmy swiadkami kolejnych bledow i wpadek politykow, organizatorow i urzednikow, a przeciekajace dachy obiektow sportowych, podtopione hale, biegajace po stadionach psy- to juz normalka;)
Kilka dni temu swiat obiegla informacja o prowokacji australijskiego dziennikarza, ktory wszedl na teren sportowego obiektu z duza walizka, wypelniona materialami wybuchowymi, nie zostal przez nikogo przeszukany, sprawdzony, pies z kulawa noga sie nim nie zainteresowal...
Poza tym najbardziej "gorace" dzis zdjecia w gazetach i telewizyjnych wiadomosciach to te przedstawiajace mieszkanie w "wiosce olimpijskiej"- apartament dla sportowcow i oficjalnych reprezentantow krajow bioracych udzial w igrzyskach. Lazienka jest brudna nieprzytomie, a na poscieli widnieja blotniste slady psich lapek!:)
Jeden z czlonkow komitetu organizacyjnego broni sie: "Te apartamenty sa czyste- tak uwazam ja i Wy- obywatele Indii. Przyjezdni i turysci z zagranicy maja inne standardy. Dla nich jest 'budno' ".

Chyba sie tu usmiechne, bo mi nic innego nie pozostaje;)

Sheila Dikshit- szefowa wladz Delhi - tlumaczy ciekawskim dziennikarzom: "Sluzby porzadkowe nie sa od sprzatania toalet. One sa odpowiedzialne za porzadek na drogach, chodnikach, wywoza smieci, zamiataja podloge, a nawet (!) zmywaja ja na mokro. Sprzatanie toalet nie nalezy do ich obowiazkow. Tym musi zajac sie ktos inny, a prywatne firmy ktore o to prosimy, odmawiaja nam. I co my mozemy robic?"

No coz, ja tam mysle sobie, ze organizatorzy igrzysk powinni zabrac sie za miotly i scierki i ruszyc do boju wedle zasady "jesli chcesz, by cos bylo dobrze zrobione - zrob to sam!". I po problemie.

Poza tym wszystkim.... - w Delhi pachnie juz zima. Dzis co prawda jest calkiem cieplo i slonecznie (na szczescie nie pada), ale to nie jest juz zapach lata, o nie...
Idzie zima...
.

sobota, 18 września 2010

Pocztowki z Indii...

Tylko raz, jeden raz...
...zrobie z bloga pamietniczek;)


Drogi pamietniczku...,
wstalam rano. Tak mam w zwyczaju. Zazwyczaj;) Nie bylo innego wyjscia dzis. Musialam wstac, to wstalam... (chyba niezle jak na poczatek wpisu do pamietniczka).

Wzielam prysznic. Goracy. Nie z wyboru. Z przymusu. Widac moje "rano" nie bylo wystarczajaco wczesne, woda w zbiorniku na dachu zdazyla sie juz nagrzac i z prysznica poleciala ciepla, prosto na moja glowe.

Zrobilam sobie kawe. Czarna. Bez mleka, bez cukru. Takie "dziwactwo" w Indiach;)
Zrobilam tez herbate z mlekiem. I z cukrem.
Nie lubie mleka i herbaty z mlekiem... Tak na marginesie, pamietniczku drogi, nie lubic mleka i byc w Indiach, to zgroza. A nie lubic herbaty z mlekiem i byc w Indiach- to juz przestepstwo. Trudno, najwyzej zgnije w kryminale... Doszlam jednak do wniosku, ze dom to dom, a nie "prawdziwe Indie", i w tych swoich czterech scianach moge czuc sie bezpiecznie, a pic moge co chce- pozwalam sobie wiec nie lubic herbaty z mlekiem.
Kawa dla mnie, herbata dla kogos innego.

Przeczytalam gazete. Naglowki tylko i plotkarski dodatek o gwiazdach i gwiazdkach szol biznesu. Reszte przeczytam w ciagu dnia, siedzac w metrze, autobusie,w drodze na zajecia.
Gazeta to dobra rzecz, drogi pamietniczku. Gazete ktos codziennie dostarcza nam do domu. Nigdy nie widzialam tego "ktosia", ale wiem, ze ma on telefon (nawet znam jego numer), i zawsze moge zadzwonic i poprosic o dodatkowy egzemplarz gazetki, albo poinformowac, ze jade na kilka dni na wakacje, w zwiazku z czym na jakis czas z gazetki rezygnuje. Kazdego dnia, swiatek, piatek czy niedziela, ok 6.30 rano na naszym balkonie laduje z hukiem zwinieta w rulon i spieta gumka recepturka gazeta. Tajemniczy "ktos" ma takiego cela, ze hej! Nigdy sie nie myli, zawsze trafi w odpowiedni balkon, okno czy korytarz. Pierwsze pietro- prosze bardzo! Dziecinnie proste! Trzecie pietro? Czwarte?- tez nie ma sprawy. Tylko moze troszke bardziej trzeba bedzie zwolnic jadac na rowerze, i bardziej skupic sie na celowaniu.

Gazetka- do torby, stroj na zmiane na zajecia taneczne- do torby, prasolka- do torby (nigdy teraz nie wiadomo kiedy z czystego nieba spadnie deszcz...). I w droge. Na stacje metra. Troche to trwa. Slalomem podazam sobie miedzy wozkami z warzywami, spiacymi psami, rykszami rowerowymi, stosami niesprzatnietych jeszcze po nocy smieci.

Dotarlam do metra. Pomyslnie przeszlam kontrole wykrywaczem metalu, moja torebka tez pomyslnie przeslizgnela sie przez rentgen. Wsiadlam do metra, drogi pamietniczku... Nic takiego, wydawaloby sie, ale zapewniam, ze to wyczyn nie lada!. Tlok jest tu o kazdej porze dnia...
A w metrze ogloszenia. Mily meski glos w hindi informuje podroznych o ich prawach i obowiazkach, o zakazach i nakazach, o tym do jakiej stacji dojezdzaja. Kazde zdanie powtarza po angielsku, rownie miy, tym razem kobiecy glos.

Prosze odsunac sie od drzwi.
Prosze uwazac na kieszonkowcow.
Prosze pilnowac swoich bagazy.
Prosze nie zawierac znajomosci z nieznajomymi.
Prosze poinformowac pracownikow metra o kazdym podejrzanym przedmiocie pozostawionym bez opieki oraz o podejrzanym zachowaniu wspolpasazerow.
Nastepna stacja Rajiv Chowk.
Prosze nie popychac wspolpasazerow.
Prosze pozwolic wychodzacym pasazerom opuscic wagon.
Prosze ustapic miejsce osobom starszym i niepelnosprawnym.
Uprasza sie mezczyzn o nie zajmowanie miejsc siedzacych przeznaczonych dla kobiet.
Prosze nie pluc.
Prosze nie siadac na podlodze.
Prosze nie puszczac muzyki.

Matko jedyna! Drogi pamietniczku, w tym metrze niczego nie wolno..!;) Nawet pluc i siadac na podlodze. Zgroza!


Z metra- prosto na zajecia. Skacze, biegam, skacze i jeszcze raz skacze. I biegam. Takie skoczne zajecia dzisiaj jakies wyszly. Tym razem jednak nie ja jestem glowna skaczaca. Ja tylko pokazuje, a potem zmuszam do skakania innych;) Niech tez sie pomecza. Jak to milo byc "pania nauczycielka":)
O zajeciach tanecznych, drogi pamietniczku, juz sporo pisalam swego czasu, a pewnie jeszcze wiecej napisze. Dzis wiec poprzestane na tym skakaniu.

Po tancu- chwila oddechu. Te chwile wykorzystuje roznie: czasem na wizyte w kafejce internetowej, czasem na czytanie zaleglych ksiazek, czasem na powtorke materialu przed kolejnymi zajeciami, a czasem na obiad;)Dzis chcialam jednak pojsc na zakupy, potrzebne mi bowiem - banalna sprawa- owoce, warzywa i mleko (ktorego nie lubie...). Ale sklep, w ktorym to wszystko chcialam kupic, jest zamkniety codziennie w godzinach 13.00-16.00. A ja notorycznie o tym zapominam.
Nic to. W zwiazku z powyzszym czas na plan B. Biegusiem na przystanek autobusowy- niedlugo kolejna lekcja tanca. "Biegusiem" to moze nie jest najlepsze okreslenie... Bo akurat rozpadal sie deszcz. A jak sie rozpada deszcz, to z podrozy autobusem, ktora trwa ("biegusiem") 1 godzine, robi sie podroz dwugodzinna...
Telefon od nauczyciela: nie przyjezdzaj dzis na zajecia. Zalalo sale w ktorej cwiczymy.

Jeszcze jedno zadanie przede mna poznym wieczorem: przedpremierowy pokaz pewnej sztuki. Jak juz bedzie po premierze- zareklamuje te produkcje. Jak ja lubie reklamowac:) To jedno z moich ulyubionych zajec:)

Wracam, drogi pamietniczku, do domu. Ostatnim metrem (o 23.06).

A w domu.... zmieniam stroj na "wieczorowy", odklejam z czola, spomiedzy brwi, moje ozdobne wyjsciowe bindi i... NIE naklejam go na lustro! Tak wlasnie zwykly robic kobiety w Indiach: odklejaja ozdobe z czola i przyklejaja na lustrze, aby (byc moze) uzyc ja ponownie. Zazwyczaj jednak nie uzywaja i po jakims czasie tafla lustra upstrzona jest kolorowymi kropkami... Jakos irytuje mnie ten "zwyczaj". Nie potrafie wytlumaczyc dlaczego. Po prostu. I juz. Wiec NIE przyklejam bindi do lustra!
Bindi marki Renuka Gold.

I po reklamie, drogi pamietniczku:)
.

wtorek, 14 września 2010

Pocztowki z Indii...

Zaniedbalam bloga ostatnio... A sporo sie dzieje.

Nie pisalam, a to wcale nie dlatego, ze w miniona sobote tak sie zlozylo, ze przypadly w tym samym dniu dwa duze swieta: jedno hinduistyczne (Ganesh Chaturthi) i jedno muzulmanskie (Eid ul-Fitr).

Nie pisalam, tez wcale nie dlatego, ze otworzona w Delhi nowa linie metra (a wlasciwie przedluzono juz istniejaca). Teraz delhijskie metro ma 117 stacji, 130 km, a do konca miesiaca podobno otworzone zostana dla pasazerow dwie nowe linie- 20 km i 22km.

Nie pisalam, wcale nie dlatego, ze monsun w tym roku zaskoczyl wszystkich swa intensywnoscia i dlugoscia. Woda w Yamunie, rzece przeplywajacej przez stolice, przekroczyla stan alarmowy i jej poziom w miniona sobote wynosil 206,78m. Potem wody opadly, ale wszystko wskazuje na to, ze poziom znow sie podniesie (podczas powodzi w 1978 roku, woda w Yamunie siegnela 207,49m). Z zalanych i zagrozonych zalaniem terenow ewakuowani sa ludzie.
Wciaz pada.

A w Kaszmirze zamieszki. Juz od trzech miesiecy. Na ulicach tysiace protestujacych, miasto w plomieniach... Szef wladz Kaszmiru- Omar Abdullah zagrozil podaniem sie do dymisji.

Nie pisalam, nie dlatego, ze juz za 19 dni Commonwealth Games (Igrzyska Wspolnoty Narodow), a mijaja kolejne terminy, "dead-line'y" ,i prace nie poruszaja sie naprzod (lub posuwaja sie bardzo, ale to naprawde bardzo wolno...) - z powodu opieszalosci urzednikow, z powodu korupcji i z powodu deszczu oczywiscie.

Nie piesalam, wcale nie dlatego, ze trojka pakistanskich graczy w krykieta zostala zawieszona z powodu skandalu wokol ustawiania meczow.

Nie dlatego rowniez, ze nowa bollywoodzka produkcja "Dabangg", juz w ciagu pierwszego dnia na ekranie, zarobila wiecej niz inna bollywoodzka produkcja "Trzech Idiotow".

Tyle sie dzieje, a ja nie pisalam. A powinnam, bo przeciez tyle sie dzieje.
Nie pisalam, ale za to bylam zajeta sprawami domowo- zawodowymi i czytalam sobie ksiazke "Swiete gry". Autor: Vikram Chandra. Polecam.

No i po reklamie;)

wtorek, 24 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Bracia i siostry wszystkich krajow laczcie sie... no Raksza Bandhan!


Co roku w sierpniu (nie zawsze 24 sierpnia), w tym szczegolnym dniu bracia skladaja swym siostrom obietnice, ze beda je chronic, opiekowac sie nimi i wspierac, a siostry obiecuja modlic sie za ich szczescie i dlugie zycie. Zawiazuja na nadgarstkach swych braci nic- tzw. Rakhi.
Rakhi symbolizuje milosc, zaufanie, szczegolna wiez laczaca rodzenstwo.

Zgodnie z tradycja, swieci asceci wiazali Rakhi na nadgarstkach wiernych przychodzacych do nich po blogoslawienstwo.
Dzis Raksza bandhan to nie tylko symboliczne Rakhi (co roku w nowych wzorach, pieknie zdobione, wedle panujacej mody i zwyczaju), ale tez wielkie swietowanie, prezenty, uczty, restauracje, wspolne spacery i zabawa.
I...- co bardzo wazne- dzien wolny od pracy i szkoly!:)

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Troche "City"...

Spacery po Delhi nie naleza ostatnio do przyjemnych. 3/4 miasta to obraz nedzy i rozpaczy. Ulice rozkopane, zalane woda (pora deszczowa w tym roku jest podobno najbardziej deszczowa od 15 lat).

Stolica dzis to jeden wielki plac budowy. A wszystko przez zblizajace sie wielkimi krokami Igrzyska Wspolnoty Narodow- Commonwealth Games 2010. Uroczyste otwarcie Igrzysk juz 3 pazdziernika, a Delhi wyglada 10 razy gorzej niz przebudowywany na 2012 rok stadion X-lecia...
Duzo tutaj zamieszania, powazne bledy i korupcja na wszystkich szczeblach... Ale - ku rozczarowaniu, lub tez i radosci czytelnikow- nie o korupcji bede dzis pisac. I nie o Igrzyskach (na to przyjdzie czas; dajmy stolicy szanse na posprzatanie przed pazdziernikiem).

A bedzie dzis troche o tzw "city". Spelniam prosbe sprzed jakiegos czasu: oto kilka zdjec mniej "folklorystycznych" Indii. Jest i city. Z okien samochodu.






Delhi to nie tylko herbatki prosto z wielkiego czajnika na chodniku, nie tylko krowy sunace dostojnie po skrzyzowaniach, nie tylko zatloczone autobusy. Delhi to nie tylko spacery w pieknych ogrodach Lodi, pekajacych w szwach w weekendy i swieta, chetnie odwiedzanych przez 'piknikowiczow', ogrodach pelnych kwiatow, egzotycznych ptakow (podobno tez i motyli..., ale ani tych superegzotycznych ptakow ani motyli nie mialam jeszcze szczescia zobaczyc w Lodi Gardens...). Delhi to nie tylko sale koncertowe, recitale taneczne, galerie sztuki i wystawy. To nie tylko wielkie targi i bazary, na ktorych za grosze mozna kupic "wszystko", od 'etnicznych' kolczykow poczawszy, na meblach skonczywszy.

Stolica to tez wielkie, nowoczesne, wielopietrowe centra handlowe (z najwiekszym "shopping mall'em" w Azji wlacznie), szerokie ulice ze skomplikowanymi rozjazdami i splotami, zaprojektowanymi przez swiatowej klasy specjalistow, najlepszych w swoim fachu. To ogromne domy, luksusowe osiedla. To nocne zycie, restauracje,kina, kluby, miejsca o ktorych 'szary obywatel' moze tylko pomarzyc... Niedawno w pieciogwiazdkowym hotelu otwarty zostal nocny klub. Wlasciciel placi za wynajem tego miejsca miesiecznie 30 lakhow, czyli tyle za ile mozna kupic luksusowe mieszkanie w Delhi, czyli 3 miliony rupii indyjskich, czyli... o nie, nie kazcie mi przeliczac dalej, juz i tak ta suma nie miesci mi sie w glowie... (no ale tak wlasnie donosza wiarygodne zrodla;) ).

Ja tam sie trzymam herbatki na ulicy. Czasem, zeby poczuc sie "w wielkim swiecie"- ide na kawe do pobliskiego centrum handlowego- ulubionego miejsca spotkan delhijskiej mlodziezy- bogatych dzieci bogatych rodzicow).
.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

15 sierpnia. Dzien Niepodleglosci: "I-Day" (od Independence Day)- tak zwa go Hindusi, znani z umilowania skrotowcow.

W 1947 roku w Indiach srednia dlugosc zycia wynosila 31,4 lat. W roku 2010 srednia dlugosc zycia to 68 lat.
W 1947 pisac i czytac potrafilo 14% ludnosci. W 2010 - 68%.
Cena zlota (10 gr) w 1947 to 88 rupii, dzis - 18,000 rupii.
Na 100 tysiecy obywateli Indii w 1947 przypadalo 0,5 lekarza. Dzis- 64 lekarzy.

Takie miedzy innymi zestawienia i dane statystyczne opublikowala jedna z gazet w 63 rocznice odzyskania przez Indie niepodleglosci. Autorzy artykulu "Freedom @ 63"- urodzeni w 1947 roku, dorastali razem z Indiami... W kilkustronicowym, specjalnym dodatku do gazety codziennej, zastanawiaja sie czy cos zmienilo sie w Indiach od czasu ich (autorow i wolnego kraju) narodzin... Zaczynaja sie zastanawiac i dochodza do wniosku, ze zastanawiac sie jest glupio...;) tu sie nie ma nad czym zastanawiac. To oczywista oczywstosc:)).

Krotka lekcja historii, troche o reformach, o konstytucji, o tym co przez te 63 lata zmienilo sie na lepsze (autorzy artykulu wybrali 10 najbardziej znaczacych ich zdaniem zmian i dobrze zapowiadajacych sie poczatkow zmian na lepsze, m.in walke o rownouprawnienie kobiet, walke z homofobia i z dyskryminacja ze wzgledy na kaste czy religie).

Oprocz danych statystycznych, zestawien i lekcji historii, mamy takze liste 15 filmow, ktore najlepiej oddaja idee patriotyzmu i opisuja walke o niepodleglosc i o Indie.

Przytoczyc liste? A przytocze:

1. Naya Daur (1957), rez. BR Chopra
2. Haqeeqat (1964), rez. Chetan Anand
3. Upkar (1967), rez. Manoj Kumar
4. Purab aur Paschim (1970), rez. Manoj Kumar
5. Hindustan ki Kasam (1973), rez. Chetan Anand
6. Kranti (1981), rez. Manoj Kumar
7. Gandhi (1982), rez. Richard Attenborough
8. Tiranga (1992), rez. Mehul Kumar
9. Border (1997), rez. JP Dutta
10. The Legend of Bhagat Singh (2002), rez. Rajkumar Santoshi
11. Maa Tujhe Salaam (2002), rez. Anil Sharma
12. Swades (2004), rez. Ashutosh Gowariker
13. Bose: A forgotten hero (2005), rez. Shyam Benegal
14. Rang de Basanti (2006), rez. Rakeysh Mehra
15. Chak De! India (2007), rez. Shimit Amin


A co za oknami w czasie gdy czytam sobie dodatek do gazety codziennej? A za oknami niebo bezchmurne, niebieskie, slonce wyrabia 200% normy... Niebo uslane kolorowymi latawcami (ostatni krzyk mody to latawce z wizerunkiem gwiazd Bollywood).
Puszczanie latawcow jest tutaj prawie sportem narodowym, a Dzien Niepodleglosci nie bylby Dniem Niepodleglosci, bez prawdziwych wielkich zawodow latawcowych. Cale rodziny wychodza na dachy domow i wypuszczaja latawce w niebo. Zwycieza ten, komu uda sie przeciac linke latawca przeciwnika (linka swojego latawca oczywiscie, bo tylko takie ciecia sa dozwolone!).

15 sierpnia przypadl w tym roku w niedziele, ku rozpaczy uczniow (taka ironia losu... to tak, jakby 1 maja przypadl w piatek...).
Niedziela, jak niedziela. Ale w telewizji same programy i filmy patriotyczne, prezenterzy ubrani w trojkolorowe, pomaranczowo-bialo-zielone kreacje, barwy flagi Indii. Pod India Gate (Wrotami Indii) tlumy ludzi... Nie zaryzykowalam tam wycieczki w ciagu dnia... Natomiast wieczorem przy India Gate jest calkiem przyjemnie. Tlumy nadal okupuja plac przy Wrotach, ale atmosfera jest juz bardziej rodzinna niz 'oficjalna'. Cale rodziny przychodza tu jak na piknik, jedza lody, wate na patyku, bawia sie kolorowymi balonami i pilkami, festyn i swietowanie trwa.

Z okazji Dnia Niepodleglosci wypilam duszkiem, zamiast Pepsi, rodzimej produkcji Thums Up (indyjski gazowany odpowiednik coli i pepsi, w kolorze czarnym, o smaku... hmmm... kadzidla:) ). Troche mi potem co prawda zostal w ustach posmak mydla sandalowego Mysore i kadzidelka, ale czego sie nie robi dla kraju!
11 listopada obiecuje wypic duszkiem... no co ja tam moge wypic?... o! kwas chlebowy!:)

piątek, 13 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zawod: sluzacy.

Dzisiaj refleksja na jedynym w swoim rodzaju stosunkiem Hindusow do ... pralki;) i do instytucji "sluzacego".

Moj znajomy, dziennikarz, wynajmowal z kolega, takze dziennikarzem, mieszkanko w poludniowym Delhi. Gdy nie mieli czasu pichcic sobie obiadkow (a zazwyczaj nie mieli, bo jako poczatkujacy dziennikarze dostawali najmniej 'atrakcyjne' dyzury- nocne, w dzien zatem odsypiali), wpadala do nich sasiadka, ktora zatrudnili prawie na pelny etat, by im gotowala i sprzatala.
To nic w sumie dziwnego, nic nadzwyczajnego. W Indiach w wielu domach jest ktos, kto za nas ugotuje, sprzatnie i upierze. Nawet srednio zamozne rodziny indyjskie maja pomoce domowe (wiekszosc ludzi uzywa jednak niestety slowa 'sluzacy', ktorego osobiscie nie lubie...). Czesto taki "sluzacy" czy "sluzaca", pomaga pani domu w gotowaniu. Jak pomaga? Glownie kroi warzywa. Pokroi skladniki do takiego, na przyklad curry, w drobna kostke, zmyje po sobie naczynia i pojdzie. A pani domu wejdzie do kuchni, wsadzi wszystkie pokrojone warzywa do gara i zrobi curry...

Wrocmy jednak do mojego znajomego dziennikarza i jego sasiadki ktora, przypomne, gotowala mu czasem, zmywala naczynia i sprzatala. Nie prala jednak jego ubran. Po rzeczy do prania przychodzil raz w tygodniu chlopak i nastepnego dnia odnosil czysciutkie i wyprasowane ubrania. Az pewnego razu moj znajomy... (uwaga, uwaga! werble!) ...kupil sobie pralke! Chlopak przestal przychodzic po brudne ubrania, ale za to zostal zatrudniony jako "obsluga pralki";) Robota w miare prosta: wpadasz raz w tygodniu, wlaczasz te pioraca ciuchy machine (wczesniej pan domu przeczyta instrukcje obslugi, nauczy Cie, wytlumaczy co i jak, wiec odpowiedzialnosc zerowa, w razie niepowodzenia zwalasz wine na niego), obserwujesz jak sie wszystko ladnie w bebnie kreci, wyjmujesz, wieszasz na sznurkach i juz. Gdyby moj znajomy dziennikarz mial zone, ona pralaby swoja bielizne sama w reku, by nie gorszyc Chlopaka Obslugujacego Pralke.

W Indiach nie kazdego stac na pralke, czy zmywarke do naczyn; zazwyczaj jednak stac go na posiadanie pomocy domowej.
Pomoc domowa to czesto mlodzi chlopcy dwudziestoparoletni - z tym spotykam sie najczesciej (ale nie ma reguly; sa to oczywiscie takze dziewczyny, kobiety i mezczyzni w srednim wieku). Przybywaja z malych miasteczek i wsi (do Delhi najczesciej z Uttar Prades lub Biharu), aby szukac pracy. Pracuja, zarabiaja, potem jada do siebie na wies, by na przyklad wziac slub z wybrana przez rodzine dziewczyna, a po wszystkim wracaja do miasta, do swych pracodawcow (i wysylaja rodzinie czesc zarobionych pieniedzy).

Z badan wynika, ze z uslug "sluzacych" (takim terminem posluguja sie zazwyczaj Hindusi) korzysta najczesciej klasa srednia. Placa dla pomocy domowej jest raczej groszowa, ale dla wielu osob to jedyny sposob na przetrwanie. Wszyscy sa zadowoleni- wiele osob dostanie prace, wiele zostanie w pracy wyreczonych.

Apartamenty na luksusowych osiedlach i nowe mieszkania coraz czesciej maja w standardzie maly pokoj z lazienka, z osobnym wejsciem, "doczepiony" do mieszkania. Taki pokoj wyposazony jest od razu w dzwonek lub telefon, za pomoca ktorego mozna laczyc sie tylko z mieszkaniem pracodawcy...

środa, 4 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Post scriptum

Obiecane foty z gazet w MP. Na tyle niewyrazne, ze ktos moze watpic czy to naprawde ja...
Trudno:)




Post scriptum

.

Pocztowki z Indii...

I'm singing in the rain... w wydaniu indyjskim monsunowym:)



Prosze Panstwa, oto Pulkit. Pulkit przyszedl na zajecia z chhau (podobnie jak ja) w pewien (lipcowy jeszcze) dzien monsunowy... Nikomu innemu nie udalo sie dotrzec do Triveni Kala Sangam na Mandi House, z powodu deszczu, ktory raczyl zalac delhijskie ulice, uniemozliwiajac poruszanie sie po miescie. Co robic, jak nie ma chhau i pada deszcz? Nic, tylko spiewac w deszczu...! Ja sobie jednak darowalam te przyjemnosc. Wolalam uwieczniac te chwile z pomoca aparatu.
A Pulkit spiewa dalej...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Pocztowki z Indii...

Zapamietane w ciele...

Przez dwie godziny zajec skaczemy, biegamy, wywijamy mieczami. Pot sie leje strumieniami. Doslownie. Koncowka lipca w Delhi. Nawet nie jest tak goraco, moze jakies 35 stopni, ale za to wilgotnosc powietrza chyba 100 % ;) I do tego 'power cut' (tak w Indiach zwa przerwe w dostawie pradu). Jedyna pociecha w gorace dni - wiatraki pod sufitem- przestaja dzialac zaraz po rozpoczeciu zajec. Ale nie oznacza to absolutnie, ze lekcja chhau sie nie odbedzie. Nie oznacza to takze, w zadnej mierze, ze zostaniemy potraktowani jakos ulgowo.







Na chhau wykonujemy codziennie (a ci wytrwali oraz ci, ktorzy nie maja nic innego do roboty przez caly bozy dzien- nawet dwa razy dziennie)zestaw tych samych cwiczen. Dobrze wykonane , w dobrym tempie z odpowiednia iloscia powtorzen, powinny zajac okolo 20 minut lekcji. Cialo zapamietuje te rozgrzewke bezblednie. Jest to o tyle wazne, ze wszystkie te cwiczenia wykorzystuje sie potem w podstawowych krokach, w dluzszych sekwencjach krokow tanecznych , wreszcie w choreografiach.
Nie wszyscy jednak maja ochote i zapal, by czekac az zacznie sie nauka choreografii... Cwiczenia i nauka techniki, powtarzane do znudzenia elementy... kto to przetrzyma?



Nasz nauczyciel z doswiadczenia wie, ze zazwyczaj po kilku miesiacach z grupy 10 osob zostaje jedna, moze dwie. Dlatego czasem dostosowuje sie sposob uczenia do wymagan grupy. Takie czasy... Niektorzy przychodza tu jak na 'ciekawsza forme aerobiku'.
Gdy guru dostrzeze w uczniu zainteresowanie tancem, pasje i oddanie, i dojdzie do wniosku, ze cos z tego mozna wykrzesac- wtedy bierze sprawy w swoje rece i decyduje kiedy kogo i czego uczyc.

Troszke odejde od chhau na chwilke: mam znajoma, Hinduske, ktora przychodzila kiedys na lekcje tanca odissi, do pewnego wielkiego guru, przez niemal pol roku, 4 razy w tygodniu. Zajecia trwaly 15 minut i odbywaly sie w przerwie miedzy zajeciami grup zaawansowanych. Przez te pol roku wykonywala kilka tych samych cwiczen, nawet nie krokow tanecznych. Po 6 miesiacach nauczyciel stwierdzil, ze wytrwalosc i zawzietosc uczennicy czas nagrodzic i przyjal ja do 'normalnej' grupy poczatkujacej, na 'normalne' lekcje.
To moze skrajny przypadek, ale na pewno nie odosobniony w Indiach.
Ciekawe jak skonczyloby sie stosowanie takiej metody na naszym, polskim gruncie...?;)

Nasz nauczyciel chhau, ktory prowadzil wiele warsztatow w Indiach i poza granicami kraju, obserwuje: "Na Zachodzie uczniowie potrzebuja czestych zmian i szybszych efektow pracy. Wy sie szybciej uczycie. Uczniowie w Indiach- wolniej".

Na zajeciach, na ktore uczeszczam w Indiach, rozni guru stosuja wobec swoich indyjskich i zagraniczych studentow zarowno metode nieskonczonej ilosci powtorzen danego kroku (cialo zapamietuje ruch i potrafi bezblednie go wykonac po jakims czasie, bez nadmiernego angazowania w to myslenia i zastanawiania sie nad przebiegiem ruchu i zmianami w ciele), jak i rozkladania danych krokow na czynniki pierwsze, tlumaczenia sobie jak pracuje w danym momencie kazda czesc ciala, i logicznego kontynuowania rozpoczetego ruchu. Kazda metoda jest dobra jesli prowadzi nas do celu:)

Jest jeszcze jedna rzecz: zapisywanie tanca. Ta metoda obca jest wielu Hindusom. Kiedys w ogole jej nie stosowano. Owszem, moze i zapisywano po krotce kolejnosc krokow, ale nikt nie skupial sie na tym, aby dany krok sam w sobie jakos zobrazowac, opisac.
My- zagranicznicy;)- mamy odruch do zapisywania wszystkiego w zeszytach (obserwuje to na zajeciach). Po lekcji siadamy i smarujemy na kartkach, rysujemy, wymyslamy znaczki, kropki, kreski. Kazda metoda (nawet amatorska) zapisu, jest dobra. Kazdy ma swoj kod, szyfruje choreografie tak, ze korzystanie z cudzych notatek czasem jest po prostu niemozliwe:)
Indyjscy nauczyciele coraz czesciej zachecaja swoich indyjskich studentow do prowadenia zeszytow. Czesto okazuje sie, ze takie notatki w razie zacmienia umyslu i ciala, ratuja nas z opresji (pewne jest, jak 2+2=4, ze jak zapomnisz co masz tanczyc, to oberwiesz od nauczyciela kijkiem do wystukiwania rytmu:))
.

czwartek, 29 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

"A mialo byc tak pieknie... Wywiady mialy byc...".

I byly. Chociaz od poczatku wszystko wskazywalo na to, ze cala nasza eskapada to bedzie raczej porazka roku, a nie sukces...

Jedziemy na wystep taneczny do Madhya Pradesh (czytaj: Madhja Prades oczywiscie - a! 's' jest z kreseczka, ale nie mam kreseczek tutaj w kafejce internetowej:)). Zaproszenie potwierdzono na 7 dni przed planowanym pokazem. Choreografie ustawiamy na trzech tylko probach i w droge! Do miejscowosci Damoh w stanie MP (juz mi w krew wchodzi indyjskie upodobanie do skrotowcow. No to PCD!- znaczy: Prosze, czytajcie dalej!).
Wystapic mamy z recitalem bharatanatyam na dwudniowym festiwalu muzyki i tanca. Potwierdzenie zaproszenia, jak juz wspomnialam, nadeszlo 7 dni przed data wystepu, a co za tym idzie: nie zdazylismy sie zalapac na bilety w dogodnym pociagu. Musielismy wyruszyc dzien wczesniej. Festiwal w Damoh, to wazny festiwal, jeden z najwiekszych w MP (podobno). Mniejsza wiec o jeden dzien 'w plecy'.

Podroz - jak kazda w Indiach - nie bylaby podroza w pelni udana, gdyby odbyla sie bez przygod.
Zaczelo sie od tego, ze 25 lipca, w niedziele, przywiezlismy do Damoh deszcz. Hektolitry deszczu przywiezlismy. Padalo bez przerwy 24 godziny. Pierwsza wersja wydarzen byla taka, ze poogladamy sobie Damoh z okien pokoju hotelowego, w ktorym utknelismy w rezultacie na 4 dni.




Nie wiadomo tez bylo, czy te 4 dni to nie jest wersja optymistyczna, bo istnialo niebezpieczenstwo, ze zaleje tory kolejowe i zaden pociag z Damoh nie odjedzie, chocbysmy blagali, plakali, grozili i zaklinali niebo i wszystkich swietych (tych indyjskich- a duzo ich jest- i wszystkich innych tez). I autobus tez nie odjedzie. Zaden. Kropka.




A w hotelu...? Spalam przez 3 noce z karaluchami i pajakami na lozku! Pewnie powinnam sie cieszyc i upajac 'prawdziwymi Indiami', a nie wybrzydzac i krecic nosem jak jakas, nie przymierzajac, turystka! Ale cos mi nie wyszlo... Jednak wole sie upajac Indiami bez karaluchowego towarzystwa na moim lozku...

To tak na marginesie, bo nie o tym mialo byc przeciez.

Z powodu deszczu pierwszy dzien festiwalu zostal odwolany. Artysci z roznych stron Indii nie dali rady dojechac na miejsce wystepu, odlegle od Damoh o jakies 20 km. W komplecie stawila sie tylko... publicznosc! Podobno od 55 juz lat, odkad wlasciciel wioski i terenow na ktorych sie znajduje, organizuje co roku festiwal, publicznosc jest tak samo wspanial, wierna i z niecierpliwoscia oczekuje pokazow. Widzami sa mieszkancy kilkudziesieciu domow, lepianek, chatek, pobudowanych wokol najwiekszego, najbardziej rozleglego domostwa, ktore nalezy do organizatora festiwalu. To wielki stary dom, typowo indyjski, z wielkim podworzem w srodku, ze studnia, budynkami gospodarczymi, obora, przybudowkami dla sluzby, etc. Rodzina wlasciciela mieszka tam juz od 6 pokolen.






W poblizu glownego budynku mieszkalnego wybudowano scene. Na niej wystepujemy.
Mieszkancy wioski maja okazje ogladac co roku najlepszych muzykow i tancerzy z calego kraju. To zaszczyt znalezc sie wsrod wystepujacych. Tak przynajmniej czytam w broszurce, w ktora zostalismy zaopatrzeni. Tak tez utrzymuja organizatorzy, i tak pisza lokalne gazety. A mi w to graj! Swiecie w to wierze, no przeciez w koncu jestem w gronie tych wystepujacych, musze w to wierzyc!:) Humor mi to poprawia znacznie, a jakze!:))

Poniewaz deszcz ustal, drugi dzien festiwalu przebiegl prawie bez szwanku. Lekko sie tylko wszystko opoznilo, i zamiast o 21.00 wystapilismy o 24.00. Pozna pora nie przeszkodzila nikomu, a juz na pewno nie tlumnie zebranej publicznosci.
Nasz wystep sie odbyl, i co najwazniejsze, nawet sie udal.
Nastepnego dnia byly zdjecia w lokalnych gazetach, wywiady i spotkania z dziecmi z kilku szkol. Na tych spotkaniach, oprocz przyjmowania kwiatow i rozdawania autografow (ach! ta slawa!;) ), trzeba bylo wysluchac przemowien dyrektorow szkol o tym jak piekna i bogata kulture, tradycje i sztuke maja Indie. To prawda.
"Powinniscie byc z niej dumni! Spojrzcie tylko, mamy goscia z dalekiego kraju (gosc to ja, daleki kraj to Polska- przyp. tlum.;)), ktory tak dobrze tanczy nasz taniec indyjski (alez ja sobie dzis schlebiam;) ale to tylko cytat;)- przyp. tlum.). Uczcie sie, kochane dzieci, tancow indyjskich, a nie jakichs tam zachodnich!"
Hmm... no w sumie, idac tym torem, ja sie powinnam specjalizowac w polskich tancach narodowych, a nie w "jakichs tam wschodnich bharatanatyam i odissi"... A powiedzmy to sobie glosno i wyraznie- nie specjalizuje sie. w polskich tancach narodowych. Nie znalam jednak za stosowne poruszyc podowczas tego tematu.

Po autografach, wspolnych zdjeciach i nigdy niekonczacych sie herbatkach, kawkach i ciasteczkach, byla jeszcze wizyta u wielkiej szychy- Superintendent od MP Police.
Na szczescie mila to byla wizyta i , rowniez 'na szczescie', krotka, bo czasu bylo malo.
Wpadlismy zziajani na stacje rowno ze zziajanym pociagiem, na ktory musielismy , nota bene, czekac dodatkowo jeden dzien dluzej (bo nie bylo oczywiscie biletow na pociag wczesniejszy). Czyli kolejny dzien "w plecy".
Czymze sa jednak te dwa dodatkowe dni (plus dwa planowane plus dwa na podroz- co w sumie daje 6 dni poza Delhi, by wziac udzial w 45 minutowym wystepie;) ), w obliczu tak udanej wizyty w MP!

Tak bylo w Damoh... A jutro w Delhi jest pokaz odissi mojej nauczycielki Kavity Dwibedi.
"Przyjdz koniecznie", mowi Kavita. "I zabierz jak najwiecej znajomch. Boje sie, ze nikt nie przyjdzie... Chyba ludziom znudzily sie juz tutaj pokazy tanca... ".
Jedna z najlepszych tancerek odissi w Delhi boi sie o frekfencje... I chyba ma troche racji. W wiekszych miastach ludzie sa bardziej 'kaprysni' i... leniwi. Tlumy wala drzwiami i oknami na wielkie nazwiska. "Wielkie nazwiska" to takie, ktore sa dobrze ustawione w swiatku polityczno-atystycznym (jedno z drugim laczy sie bardzo scisle, i niestety nie wplywa dobrze ani na czlon 'polityczny' ani na 'artystyczny'). "Wielkie nazwiska" to niekoniecznie "wielcy artysci". "Wielki nazwiska" rownaja sie w Delhi bardzo czesto (nie zawsze, oczywiscie!) "wielkiemu rozczarowaniu".
Zobaczymy jutro. Ja na pewno sie wybieram na wystep odissi, ktory odbedzie sie, nota bene, w siedzibie ICCR. Indian Council for Cultural Relations, to instytucja odpowiedzialna m.in za promowanie wspanialej sztuki Indii.
Bedac jeszcze stypendystka ICCR, zanioslam kiedys do szefa dzialu organizacji pokazow tanecznych, zaproszenie na recital mojej nauczycielki bharatanatyam. Wazny Pan Szef Dzialu Organizacji Pokazow Tanecznych ICCR (Hindus, ma sie rozumiec) spojrzal na zaproszenie, obejrzal sobie dokladnie kolorowe zdjecie przedstawiajace moja nauczycielke- w pelnym rynsztunku do tanca bharatanatyam, w tanecznym kostiumie, bizuterii i makijazu, i po zastanowieniu powiedzial: "A, kathak... Moze przyjde, jak znajde czas".
...

niedziela, 18 lipca 2010

Pocztowki z Indii...

Rupia rules:)

Rupia indyjska dolaczyla do 'walutowej' elity (czyli do dolara, euro, jena i funta brytyjskiego). Ma juz wlasny symbol i nie trzeba sie zastanawiac, czy ta rupia indyjska to "INR",czy "Rs", czy jeszcze co innego, czy to na pewno rupia indyjska, czy moze indonezyjska...

Oto bohaterka dzisiejszej notki- Rupia;)



Autorem symbolu waluty (ktory jest 'mieszanka' rzymskiej litery R i jej odpowiednika w alfabecie dewanagari) jest D Udaya Kumar- zwyciezca ogloszonego wsrod obywateli Indii konkursu, na ktory nadeslano ponad 3000 roznych propozycji symbolu.
.